Klich wystartuje w wyborach parlamentarnych z tego samego okręgu, co żona tragicznie zmarłego w katastrofie smoleńskiej szefa
IPN Janusza Kurtyki. Bardzo więc prawdopodobne, że rywalka będzie go ostro rozliczać z odpowiedzialności za te katastrofę.
Minister w wywiadzie dla "Polski" raz jeszcze podkreśla, że nie miał wpływu na organizację lotu do Smoleńska. - Prawo nie dopuszcza, aby minister obrony włączał się w jakikolwiek sposób w przygotowania lotów VIP-owskich mających status HEAD - mówi.
Klich wymienia szereg decyzji, które od 2008 r. podjął, aby zdyscyplinować wojsko i polepszyć szkolenie pilotów. - Wspólnie z moimi współpracownikami, ministrem Czesławem Piątasem i św. pamięci gen. Franciszkiem Gągorem, podjęliśmy zdecydowane działania na rzecz przestrzegania przez żołnierzy regulaminów, norm i programów szkoleniowych - mówi szef
MON. I wymienia: zobowiązanie dowódców do "bezwzględnego przestrzegania obowiązujących procedur szkoleniowych oraz dokonywania każdorazowych rozliczeń osób winnych ich nieprzestrzegania", przyjęcie "Programu naprawczego dyscypliny w Siłach Zbrojnych na lata 2008-2009" i przygotowanie ustawy o dyscyplinie wojskowej.
- Były jeszcze działania spektakularne. Odznaczenie przeze mnie majora Grzegorza Pietruczuka za to, że trzymał się przepisów i odmówił lotu do Tbilisi w 2008 r. [z prezydentem Lechem Kaczyńskim, w czasie konfliktu gruzińsko-rosyjskiego] - podkreśla minister Klich.
Na argument, że mimo to doszło do nieprzestrzegania procedur podczas tragicznego lotu do Smoleńska w 2010 roku odpowiada, że nie ma w tym winy ministra. - Za szkolenie pilotów odpowiedzialni są dowódcy jednostek lotniczych. Za planowanie i nadzór nad szkoleniem - Dowództwo Sił Powietrznych. Już nawet Sztab Generalny, który jest pomiędzy tym dowództwem a ministrem za szkolenie pilotów nie odpowiada - mówi min. Klich.