Motto:
„Dla kamerdynera nikt nie jest bohaterem... nie dlatego, by ten nie był bohaterem, lecz dlatego, iż tamten jest kamerdynerem” (G.W.F. Hegel)
Największą trudnością zawodu historyka - lubi powtarzać prof. Karol Modzelewski - ale i największym urokiem tego zawodu jest wysiłek przenikania w głąb języka i systemu wartości kultury, która różni się od naszej. Jak zrozumieć barbarzyńców, o których pisał Tacyt - przywoływany przez Modzelewskiego - że "zdrajców i zbiegów wieszają na drzewach, a winnych tchórzostwa na wojnie lub cielesnej hańby topią w błocie i bagnie, przykrywając z wierzchu gałęziami"?
Zapytajmy przeto - jak rozumieć ludzi, którzy przed półwieczem rozniecali bunt przeciw dyktaturze, posługując się językiem niezrozumiałym dzisiaj, często egzotycznym i obco brzmiącym?
Jak zrozumieć człowieka, który swym życiem odcisnął się tak wyraziście na historii najnowszej Polski? Takich ludzi nazywano "dysydentami" - ale jest to określenie wymienne. Można je wymienić na: "heretyk", "buntownik", "rewolucjonista". Skąd brali się tacy ludzie? Z nieprzystosowania. A nieprzystosowani to ludzie rozmaici: geniusze i wariaci, odważni i tchórze, święci i prowokatorzy, asceci i obżartuchy, fanatycy i tolerancyjni.
Karol Modzelewski był nieprzystosowany - z własnego wyboru. Był nietypowy. Był - obok Jacka Kuronia - ojcem chrzestnym opozycji demokratycznej. Obaj jako pierwsi przekroczyli próg legalności i rzucili otwarte wyzwanie dyktaturze komunistycznej. Obaj też zapłacili za to bardzo wysoką cenę - wielu lat więzienia. Z czasem Modzelewski stał się rewolucjonistą, który rozumiał wartość kompromisu i ugody. Z uporem silnej indywidualności bronił swej wiary w egalitaryzm i kolektywizm. Fascynował go tłum, który upominał się o swoje prawa. A przecież żadne doktryny kolektywistyczno-egalitarne, żadne autorytety ideologiczne czy historyczne nie skłoniły go nigdy, by - wbrew własnemu przekonaniu - szedł za tłumem ludzi zrewoltowanych, którzy krzyczeli: "Precz!".
Zawsze był uparty, czyli wierny sobie; zawsze zdanie zmieniał z trudem. Ale zmieniał to zdanie tylko w wyniku własnego przeświadczenia, a nie pod presją ludzi czy koniunktur.
Od wczesnej młodości studenckiej był cudownym dzieckiem polskiej nauki historycznej. Był też dzieckiem swojego czasu - najpierw młodziutkim, zaangażowanym adeptem marksizmu-leninizmu. Potem odnalazł się wśród buntowników polskiego Października 1956 r., gdy dyktaturę komunistyczną poddawano brutalnej krytyce za to, że zaprzeczała wartościom, które głosiła i obiecywała.
Na koniec stał się jednym z najwybitniejszych obywateli Polskiej Rzeczypospolitej Rogatych Dusz.
Najpierw poznałem matkę Karola, panią Natalię Modzelewską. Musiało to być gdzieś w 1962 r. Zupełnie nie pamiętam, jak to się stało; pewnie ktoś przysłał mnie z czymś do pani Natalii. Poznałem osobę przemiłą i bezpośrednią, tłumaczkę "Lalki" Prusa na język rosyjski, redaktora pism zebranych Czechowa w języku polskim. To od niej usłyszałem o Karolu po raz pierwszy. Była w swoim synu śmiertelnie zakochana i nieprzerwanie z nim solidarna. W najtrudniejszych chwilach była wielkim oparciem dla Karola.
Karol był wtedy w Italii na stypendium naukowym. Gdy wnet powrócił, miałem okazję poznać go osobiście. Było to jedno z tych spotkań, które odmieniają życie.
Wtedy właśnie wspólnie z przyjaciółmi z kilku warszawskich szkół tworzyliśmy tzw. Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, zwany także Klubem Raczkujących Rewizjonistów. Inspiratorem tego "tworu" był Jan Józef Lipski, wielka postać opozycji demokratycznej. Poznałem go w Klubie Krzywego Koła, gdzie trafiłem jako licealista. To Jan Józef, mądry i dobry duch tamtych czasów, namówił mnie do takiego pomysłu.
Prelegentów zapraszaliśmy różnych: Zygmunta Baumana, Bronisława Baczkę, Włodzimierza Brusa, Andrzeja Walickiego, Stefana Nowaka, Witolda Dąbrowskiego, Aleksandra Małachowskiego, no i oczywiście Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia.
Karol miał mówić o debatach, które toczyły się na włoskiej lewicy. Nie pamiętam już, co opowiadał, ale z pewnością był to dyskurs antystalinowski, rewizjonistyczny, wprost nawiązujący do wartości i tradycji polskiego Października. Taki też był klimat w Klubie Politycznym na Uniwersytecie Warszawskim. Powstanie klubu było pomysłem Karola Modzelewskiego; wykorzystał do tego szyld Związku Młodzieży Socjalistycznej na UW. Debaty klubowe cieszyły się popularnością i ożywiały idee Października, zepchnięte już w niebyt. Była to epoka cenzury i konserwatywnych rządów Władysława Gomułki; czas "naszej małej stabilizacji".
Wtedy wysłuchałem kilkakrotnie publicznych wystąpień Modzelewskiego. Były znakomite, porywały słuchaczy. Mówił jasno, zrozumiale, z troską, by być rozumianym, i z wielkim szacunkiem dla słuchaczy. Był wiarygodny i autentyczny - trafiał do przekonania.
Szybko zyskał ogromną popularność - swymi poczynaniami ożywiał "stojącą wodę" uczelni. Uparcie przypominał wartości Października. Krytykował wszechwładzę aparatu partyjnego, powracał do koncepcji rad robotniczych, piętnował nierówności społeczne i ograniczenia wolności słowa.
Wiodło to w oczywisty sposób do konfliktu z aparatem partyjnym. Już wtedy działał ręka w rękę z Jackiem Kuroniem. Dwójką przyjaciół interesować się zaczęli funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa. Aparat zdławił Klub Polityczny, a formalne potępienie takich inicjatyw przypieczętował Władysław Gomułka w przemówieniu na XIII plenum KC PZPR latem 1963 r.
Po latach Karol Modzelewski wspominał w rozmowie z Janiną Jankowską:
"Dla ludzi młodych, traktujących poważnie ideologię komunistyczną, równie poważna była konfrontacja głoszonego ideału z rzeczywistością. A wypadła ona druzgocąco. (...) Dla nas, jak dla pokolenia [Wiktora] Woroszylskiego, zawalenie się fasady ideologicznej stanowiło bardzo silny bodziec do poszukiwań takiego zaprzeczenia rzeczywistości stalinowskiej, które mieściłoby się w kręgu wpojonych ideałów.
I tu tkwi według mnie istota rewizjonizmu. (...) Była to ideologia, która z rewolucji czyniła nie środek, tylko swego rodzaju świętość. Stąd nazwanie wydarzeń '56 roku »rewolucją « - choć one na tę nazwę (...) nie zasługują - jest wynikiem (...) radykalizmu niektórych rewizjonistów. Ja się zaliczałem, zwłaszcza później, w '65 roku, do najbardziej skrajnego ich odłamu, kiedyśmy wspólnie z Jackiem Kuroniem w »Liście otwartym « [do partii] pisali o konieczności obalenia systemu drogą rewolucyjną. (...) Był to tekst rewizjonistyczny i mnie dziś już zupełnie obcy, a rewizjonistyczny dlatego, że nie została przecięta pępowina ideologiczna łącząca go nie z systemem, lecz z jego ideowym rodowodem”.
Źródło: Gazeta Wyborcza