Dwie najważniejsze na świecie imprezy golfowe odbywały się w sobotę pod Waszyngtonem, przy czym w jednej nagroda za zwycięstwo wynosi aż 1,260,000 dolarów, w drugiej - tylko 2 dolary. W lepiej płatnej (rozgrywanej w Betesdzie) Amerykanie nie mieli żadnych szans na zwycięstwo, ponieważ irlandzkie cudowne dziecko golfa Rory McIlroy było w kosmicznej formie, a Tiger Woods, trapiony w ostatnich latach przez liczne kontuzje i jeszcze liczniejsze kochanki, w ogóle nie stanął do zawodów.
Za to w imprezie gorzej płatnej (w wojskowej bazie Andrews) zwycięstwo Ameryki było pewne, ponieważ kije skrzyżowali sami Amerykanie: prezydent
Barack Obama i wiceprezydent Joe Biden (obydwaj demokraci) oraz przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner i gubernator stanu Ohio John Kasich (obaj republikanie). Sami złożyli się oni na fundusz nagród, wpłacając do wspólnej puli po dolarze.
Przed golfowym szczytem dziennikarze poświęcili wiele energii na spekulacje, czy większe szanse ma drużyna demokratów czy republikanów. Szacowano, że najlepszym zawodnikiem w całej czwórce jest wiceprezydent Biden, zaraz za nim przewodniczący Boehner (z rankingu pisma "Golf Digest" wynikało, że powinien być średnio około 2 uderzenia gorszy od Bidena). Daleko z tyłu zostawał prezydent Obama, golfista tyleż entuzjastyczny, co beznadziejny (jego ranking prognozował wynik około 10 uderzeń gorszy od Bidena). Wielką niewiadomą był gubernator Kasich, który w rankingach "Gold Digest" nie występuje.
Jednakże w sobotę rano politycy zrobili golfowym ekspertom niespodziankę, i podzielili się na dwie drużyny całkowicie egzotyczne: Obama i Boehner walczyli przeciwko Bidenowi i Kasichowi (przekładając to na polskie realia dla osób nie śledzących amerykańskiej polityki: to tak jakby Bronisław Komorowski, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro umówili się na golfa, przy czym Komorowski grałby w jednej drużynie z Kaczyńskim). Dzięki temu chytremu fortelowi zawodów w bazie Andrews nie dało się przedstawiać jako kolejnej bitwy w politycznej wojnie, jaką od kilku miesięcy toczą republikanie i demokraci. Mogły być tylko, tak jak zapowiadali zawodnicy i ich doradcy, szansą na oceplenie stosunków międzypartyjnych.
W ostatnich dniach są już krańcowo napięte ze względu na
dług publiczny, który osiągnął wyznaczone przez Kongres maksimum 14,3 biliony dolarów. Obama i demokraci chcą je zwiększyć, żeby uniknąć kompromitującego bankructwa Ameryki - już w sierpniu rząd federalny nie będzie miał pieniędzy, żeby spłacać własne obligacje. Ale republikanie ostatnio stali się bardzo oszczędni (w odróżnieniu od ich ostatniego prezydenta, który generował rekordowe deficyty) i stawiają warunki. A mianowicie: zgodzą się na podniesienie sufitu długu publicznego tylko pod warunkiem, że rząd radykalnie zmniejszy wydatki państwa.
Drugim źródłem napięć jest wojna w Libii. Prezydent Obama w ogóle nie uznaje jej za wojnę, ponieważ - jak tłumaczy dość karkołomnie - życie żołnierzy
USA nie jest zagrożone i obecnie już tylko asystują oni Francuzom i Brytyjczykom. Nawet nie prosił Kongresu o zgodę na wysłanie w rejon Libii amerykańskich pilotów i marynarzy.
Przewodniczący Boehner jest oburzony, bo ustawa z 1973 roku wymaga od prezydenta, żeby taką zgodę uzyskał w 60 dni po rozpoczęciu działań wojennych, albo wycofał wszystkich amerykańskich żołnierzy w ciągu następnych 30 dni. Dziś mija 90 dni odkąd Amerykanie uczestniczą w nalotach na wojska Muammara Kaddafiego, dlatego od jutra - zdaniem Boehnera - robić to będą nielegalnie.
Doradcy Obamy i Boehnera zapowiadali, że podczas golfa obaj panowie będą mogli się lepiej poznać, oswoić, a może nawet polubić i poruszyć obydwa drażliwe tematy. Czy tak się stało nie wiadomo. Tajemnicą jest nawet przebieg rywalizacji sportowej, ponieważ dziennikarzom dane było jedynie oglądać tylko pierwszy z 18 dołków. Najgorzej wypadł w nim o dziwo Biden, który spudłował pchnięcie z pięciu metrów.
Obama, występujący w długich spodniach i koszulce polo, w odróżnieniu od Bidena i Boehnera, którzy założyli krótkie spodenki, miał na pierwszym dołku wynik o jedno uderzenie lepszy od swojego zastępcy. Reporterzy zaobserwowali, że przyjacielsko klepał Boehnera po plecach, kiedy wsiadali do wózka, żeby pojechać nim - wzorem wszystkich panów w średnim wieku - do następnego dołka.
Po objęciu urzędu Obama stał się zapalonym golfistą (wczoraj grał już sześćdziesiąty któryś raz), aż niektórzy zaczęli obawiać się o jego wizerunek. Granie w golfa kiedy kryzys gnębi Amerykanów, a
bezrobocie przekracza 9 proc., może być odebrane różnie. Prezydent George Bush poważnie ograniczył golfowe przyjemności w 2003 roku, ponieważ zaczęła się wojna w Iraku.
Obama mówił też kilka razy, że marzy o samodzielnym prowadzeniu auta, a nie poruszaniu się opancerzonymi limuzynami z kierowcą. Najbliżej tego marzenia był wczoraj na polu golfowym, kiedy sam kierował dwuosobowym wózkiem z Boehnerem jako pasażerem.
Czteroosobowe zawody trwały około cztery godziny, a zwycięzców wyłonił podobno dopiero ostatni, 18. dołek. Biały Dom informował dziennikarzy, że "cała czwórka świetnie się bawiła, a potem poszła do patio, gdzie serwowano jej zimne napoje". Razem oglądali tam relację z
US Open.
Oficjalny komunikat milczy w kwestii, czy na polach golfowych bazy Andrews oddalona została zapaść finansowa, jaka podobno grozi światu jeśli republikanie i demokraci nie dogadają się w kwestii długi.