On sam pozwala ujawnić tyle: akcja dzieje się w roku 1979, grupa bardzo młodych nastolatków kręci własny amatorski film popularną wówczas kamerą Super 8. Podczas kręcenia jednej ze scen przypadkowo rejestrują coś, czego nie mieli w scenariuszu. Nawet nie wiedzą co, bo przecież Super 8 to nie jest kamera
wideo, trzeba czekać, aż taśma zostanie wywołana. Już wcześniej jednak wiadomo, że było to coś naprawdę niezwykłego...
Świat według J.J. Abramsa
>Zwiastun zwodniczo sugeruje, że film jest prostym hołdem dla klasycznych filmów Spielberga - jak "E.T." czy "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". I ten hołd rzeczywiście tu jest, ale nie wprost. Choć akcja filmu dzieje się w roku 1979, jest to film na wskroś współczesny. Widać wnioski wyciągnięte z rewolucji, jakie w kinie fantastycznym spowodowały "Z Archiwum X", "Blair With Project" czy "Dystrykt 9". Nie ma więc już tej wczesnej spielbergowskiej naiwności, że gdzieś tam dla ONZ pracują eksperci, którzy potrafią nawiązać kontakt z kosmitą za pomocą pentatoniki i znaków migowych. A jak już przedostaniemy się na miejsce lądowania kosmitów, to pilnujący go żołnierze US Army - swoi chłopcy przecież - tak po prostu pozwolą nam obserwować nawiązanie kontaktu. W dzisiejszej fantastyce nie ma już miejsca na taki poziom zaufania obywatela do tajnych organizacji rządowych, zwłaszcza tych od spraw pozaziemskich. Wiemy bowiem, że wszystko, o co oni chcieliby zapytać kosmitów, to to, czy mają patent na jakieś nowe rodzaje uzbrojenia. I po wyjściu z kina przyznają mi państwo chyba rację, że jeśli chodzi o samo spojrzenie na kwestie relacji człowieka z Nieznanym, zdecydowanie więcej tu "Dystryktu 9" niż "Bliskich spotkań...".
Hołd dla fantastyki z lat 70. ma tu więc raczej charakter nostalgiczny. To historia opowiedziana tak, jak kino je dzisiaj opowiada, ale umieszczona w czasach, w których fantastyka i popkultura były bardziej analogowe, jak to metaforycznie opisuje sam Abrams. Mniejsze były możliwości, ale większe nadzieje.
W pokoju głównego bohatera model prawdziwego statku kosmicznego OV-102 Columbia wisi obok fikcyjnego TIE fightera z "Gwiezdnych wojen". Sam pamiętam, jak to było być wtedy nastolatkiem interesującym się science fiction.
Panowało jeszcze generalne przekonanie, że amerykańskie wahadłowce to prawdziwy przełom, początek projektowania statków wielokrotnego użytku, które około roku 2011 powinny się stać już tanie i powszechne. Razem z bohaterami tego filmu - i jego twórcą - należę do pokolenia, które przeżyło wielkie rozczarowanie, że podbój kosmosu polegać będzie na telewizji satelitarnej, a nie załogowych misjach na inne planety.
Dalej: akcja filmu dzieje się w małym amerykańskim przemysłowym miasteczku Lillian, w którym wszyscy pracują w jednej fabryce. Podkreślmy te słowa: "Pracują w amerykańskiej fabryce"! Dziś te miejsca pracy oczywiście wyjechały do Chin albo Meksyku. Film kręcono w prawdziwym miasteczku Weirton, które wyrosło wokół wielkiego kombinatu hutniczego. Pracownicy przejęli go w 1989 r., by ratować go przed upadkiem, ale kombinat dzisiaj ledwie zipie i zatrudnia ułamek tej załogi co 30 lat temu. W miasteczku jest dużo pustostanów, dlatego można w nim było nakręcić widowiskowe sekwencje bez efektów specjalnych. To eksplodują prawdziwe budynki!
Ten film jest więc także nostalgią za małomiasteczkową Ameryką, która zawsze była ważnym tłem dla filmów Spielberga, a która już nie istnieje. To, że młodzi bohaterowie tego filmu swobodnie jeżdżą na rowerach pośród sympatycznych małych domków z ogródkami, w których mieszkają robotnicy pracujący w pobliskiej hucie, to przecież dzisiaj większa egzotyka niż inwazja z kosmosu.
Rozmawiałem z nastoletnimi aktorami, którzy ich grają. Zazdrościli swoim bohaterom właśnie tej swobody, bo sami wiodą typowy żywot współczesnych dzieci z klasy średniej, od których rodzice wymagają, by zawsze były "pod komórką". A na rowerze owszem, proszę bardzo, ale w kasku i po bezpiecznej trasie w parku, a nie tak prosto przed siebie, po drogach publicznych. Rowery dostali w prezencie jako dodatkowe honorarium - i jest naprawdę coś charakterystycznego w tym, że prosili J.J. Abramsa właśnie o to, a nie o rekwizyty filmowych karabinów czy gadżetów z kosmosu. To pokazuje, jak obcy jest dla nich świat, w którym żyją bohaterowie "E.T.". Dla naszego pokolenia szokujące było to, że dzięki mocy kosmicznego przyjaciela bohater wznosi się rowerem w powietrze - dla dzisiejszego nastolatka szokujące było to, że jeździ rowerem po mieście...