Przewrócone autobusy, spalone
samochody, tłumy na ulicach i
policja, która bije manifestantów. To nie rewolucja w którymś z krajów arabskich, ale Chaozhou i Zengzhou, chińskie miasta przemysłowe w południowej prowincji Guangdong, gdzie wybuchły uliczne protesty. Stłumiono je dopiero wczoraj, kiedy zdjęcia z nich zdążyły obiec świat. W obu miastach znajdują się dziesiątki tysięcy fabryk. Pracują w nich emigranci ze wsi, tania siła robocza, i to oni walczą teraz o swoje prawa.
W Xintang, strefie ekonomicznej Zengzhou, zwanym też Chińskim Miastem Dżinsów, starcia trwały trzy dni. Media z Hongkongu piszą, że policja użyła gazu łzawiącego i że zatrzymano kilkunastu protestujących. Zaczęło się od incydentu między ciężarną sprzedawczynią uliczną, kobietą ze wsi, a strażą miejską. Po chwili w obronie kobiety stanął tłum innych przybyszy ze wsi. Z kolei w Chaozhou, dwuipółmilionowym mieście w delcie rzeki Han, zarzewiem protestu była kłótnia o zaległe wypłaty dla robotników wędrownych. Tam również setki protestujących wyszło na ulice.
W ostatniej dekadzie podobne protesty stały się codziennością Chin. W 2010 r. miało tam miejsce 280 tys. "masowych protestów", za które się w Chinach uważa takie, w których wzięło udział co najmniej sto osób.
Nie należy ich lekceważyć - ostrzega ostatni raport chińskich ekspertów rządowych. Za protestami kryje się rosnąca frustracja 153 mln Chińczyków drugiej kategorii, tych ze wsi, którzy mieszkają w miastach. Narastanie niezadowolenia może doprowadzić do wybuchu - piszą eksperci.
Z hukou, meldunkiem ze wsi, w chińskim mieście można pracować, nawet dorobić się, ale nie można się osiedlić na stałe. Budowlani, kelnerki, sprzedawcy, bez których miasta nie mogłyby funkcjonować, pozostają obywatelami drugiej kategorii - bez prawa do darmowej szkoły czy lekarza, nękani przez urzędy i policję. Tylko 0,8 proc. ma własne mieszkanie, choć 80 proc. rodzin z miast już takie posiada. Emigranci ze wsi mieszkają latami w noclegowniach albo stłoczeni w wynajętych pokojach. Przypomina to sytuację nielegalnych imigrantów w
USA. - Żyją na marginesie miast, nie są zintegrowani, są lekceważeni, dyskryminowani, krzywdzeni - piszą autorzy raportu, którzy rozmawiali z 6323 emigrantami.
Chińskie miasta zastrzegają sobie prawo, by skorzystać z ich pracy, a potem móc ich odesłać do domu. Teoretycznie Chińczycy ze wsi mogliby wrócić do siebie. Według prawa przybysz ze wsi, nawet po latach spędzonych w mieście, zachowuje poletko, które w warunkach chińskich służy jako rodzaj polisy socjalnej.
- To jednak tylko teoria, bo oni nie chcą wracać na wieś. 90 proc. emigrantów chce się osiedlić w miastach - piszą autorzy raportu. Dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych, którzy wyjechali na budowy po ukończeniu szkoły i nawet nie nauczyli się uprawiać roli. Wśród respondentów w wieku od 16 do 25 lat tylko 15 proc. kiedykolwiek pracowało w gospodarstwie.
Co roku 9 mln Chińczyków ze wsi migruje do miast. Autorzy raportu namawiają władze, by wyrównały prawa Chińczyków ze wsi i miast i zniosły anachroniczny system meldunkowy dzielący obywateli na lepszych i gorszych, jakby w jednym kraju były dwa narody.