http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chińskie grona gniewu

Maria Kruczkowska
2011-06-15, ostatnia aktualizacja 2011-06-15 08:33

Chinom grozi bunt sfrustrowanych emigrantów ze wsi do miast. W tych ostatnich są bowiem obywatelami drugiej kategorii - ostrzega rządowy raport.

ZOBACZ TAKŻE
Przewrócone autobusy, spalone samochody, tłumy na ulicach i policja, która bije manifestantów. To nie rewolucja w którymś z krajów arabskich, ale Chaozhou i Zengzhou, chińskie miasta przemysłowe w południowej prowincji Guangdong, gdzie wybuchły uliczne protesty. Stłumiono je dopiero wczoraj, kiedy zdjęcia z nich zdążyły obiec świat. W obu miastach znajdują się dziesiątki tysięcy fabryk. Pracują w nich emigranci ze wsi, tania siła robocza, i to oni walczą teraz o swoje prawa.

W Xintang, strefie ekonomicznej Zengzhou, zwanym też Chińskim Miastem Dżinsów, starcia trwały trzy dni. Media z Hongkongu piszą, że policja użyła gazu łzawiącego i że zatrzymano kilkunastu protestujących. Zaczęło się od incydentu między ciężarną sprzedawczynią uliczną, kobietą ze wsi, a strażą miejską. Po chwili w obronie kobiety stanął tłum innych przybyszy ze wsi. Z kolei w Chaozhou, dwuipółmilionowym mieście w delcie rzeki Han, zarzewiem protestu była kłótnia o zaległe wypłaty dla robotników wędrownych. Tam również setki protestujących wyszło na ulice.

W ostatniej dekadzie podobne protesty stały się codziennością Chin. W 2010 r. miało tam miejsce 280 tys. "masowych protestów", za które się w Chinach uważa takie, w których wzięło udział co najmniej sto osób.

Nie należy ich lekceważyć - ostrzega ostatni raport chińskich ekspertów rządowych. Za protestami kryje się rosnąca frustracja 153 mln Chińczyków drugiej kategorii, tych ze wsi, którzy mieszkają w miastach. Narastanie niezadowolenia może doprowadzić do wybuchu - piszą eksperci.

Z hukou, meldunkiem ze wsi, w chińskim mieście można pracować, nawet dorobić się, ale nie można się osiedlić na stałe. Budowlani, kelnerki, sprzedawcy, bez których miasta nie mogłyby funkcjonować, pozostają obywatelami drugiej kategorii - bez prawa do darmowej szkoły czy lekarza, nękani przez urzędy i policję. Tylko 0,8 proc. ma własne mieszkanie, choć 80 proc. rodzin z miast już takie posiada. Emigranci ze wsi mieszkają latami w noclegowniach albo stłoczeni w wynajętych pokojach. Przypomina to sytuację nielegalnych imigrantów w USA. - Żyją na marginesie miast, nie są zintegrowani, są lekceważeni, dyskryminowani, krzywdzeni - piszą autorzy raportu, którzy rozmawiali z 6323 emigrantami.

Chińskie miasta zastrzegają sobie prawo, by skorzystać z ich pracy, a potem móc ich odesłać do domu. Teoretycznie Chińczycy ze wsi mogliby wrócić do siebie. Według prawa przybysz ze wsi, nawet po latach spędzonych w mieście, zachowuje poletko, które w warunkach chińskich służy jako rodzaj polisy socjalnej.

- To jednak tylko teoria, bo oni nie chcą wracać na wieś. 90 proc. emigrantów chce się osiedlić w miastach - piszą autorzy raportu. Dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych, którzy wyjechali na budowy po ukończeniu szkoły i nawet nie nauczyli się uprawiać roli. Wśród respondentów w wieku od 16 do 25 lat tylko 15 proc. kiedykolwiek pracowało w gospodarstwie.

Co roku 9 mln Chińczyków ze wsi migruje do miast. Autorzy raportu namawiają władze, by wyrównały prawa Chińczyków ze wsi i miast i zniosły anachroniczny system meldunkowy dzielący obywateli na lepszych i gorszych, jakby w jednym kraju były dwa narody.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':