Historia pierwsza
Studenci profesora Marcina Kuli, historyka z Uniwersytetu Warszawskiego, kończyli pisać kolokwium z historii najnowszej. - Grupa była na tyle liczna, że nie mogłem nikogo znać osobiście" - wspomina prof. Kula. "Po oddaniu swojej kartki student zapytał mnie: "Panie profesorze, mnie męczy: kiedy był ten Katyń?". Ponieważ wzruszyłem się, że jego męczy, a on sprawdzian już skończył, powiedziałem mu. Wtedy on przez ławki wykrzyknął datę do jakiegoś kolegi, jeszcze piszącego - i już go nie było. Zostałem w miejscu jak zamurowany - między wściekłością, podziwem dla jego bezczelności i śmiechem z siebie samego.
Historia druga
Socjolog, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, opisuje na Facebooku zdarzenie z prywatnej szkoły wyższej, w której zarabia na życie: „Student złożył mi pracę licencjacką, która jest plagiatem moich artykułów. W pierwszym akapicie dodał od siebie słowo: » bowiem «. Może uznał, że jestem takim narcyzem, że dam mu ocenę celującą?”. Socjolog nie znalazł wśród znajomych na Facebooku wiele współczucia. „Każdego dzisiaj dopada: epopeję mogłabym napisać” - zauważyła pod wpisem inna znana warszawska socjolożka.
Zapytałem socjologa, dlaczego nie chce, żebym podał jego nazwisko. "Niech będzie anonimowo. Dałem temu studentowi drugą szansę i zrobiłem wykład o prawach autorskich" - odpisał.
Historia trzecia
Ćwiczenia z antropologii kulturowej na jednym z największych uniwersytetów (tym razem nie w Warszawie). Mówi Marta, prowadząca zajęcia: - Przyzwyczaiłam się już, że w 30-osobowej grupie nikt nie potrafi znaleźć północy na mapie, a kiedy ktoś powie, że Inkowie mieszkali w Chinach, nikt go nie poprawi. Ostatnio jednak mnie zaskoczyli. Po kolokwium mieli wypełnić ankietę, w której mnie ocenią. Kiedy przeczytałam im pytania do kolokwium, jeden ze studentów powiedział: "Niech pani zmieni pytania na łatwiejsze, bo inaczej wystawimy pani bardzo złą ocenę".
Nie dała się i nie zmieniła pytań. Studenci wystawili jej złą ocenę. - Całe szczęście, że dziekan zrozumiał sytuację - mówi Marta.
Chociaż przestałem uczyć na uniwersytecie sześć lat temu, mam wielu przyjaciół i znajomych, którzy codziennie to robią - i od nich słyszę nieustająco opowieści pełne grozy. Dobrze jest oczywiście zachować wobec nich pewien dystans. Wykładowcy zawsze narzekali na studentów. Zawsze jednak w następnym pokoleniu tajemniczym zrządzeniem losu znajdowali się znów wybitni poeci, politycy czy wynalazcy.
Teraz jednak moi rozmówcy twierdzą coś szczególnego: że ich studenci są inni niż nauczyciele pod bardzo szczególnymi i ważnymi względami. Że doszło do kulturowej zmiany, którą przeoczyliśmy - radykalnego zerwania z normami, które dla wykształconego jeszcze kilkanaście lat temu inteligenta są czymś oczywistym.
Próbowałem zestawić pewną typologię tych różnic. Wynika z nich, że to zerwanie dokonało się w trzech podstawowych sferach: norm zachowania w sytuacji nauczyciel - uczeń (która była kiedyś częścią uczonej w domu i w szkole kindersztuby); w podejściu do plagiatów i własności intelektualnej; wreszcie w sferze tego, co elementarnie wykształconemu człowiekowi wypada wiedzieć - bo jeśli się nie wie, to się kompromituje. Te trzy sfery zachodzą na siebie. Zajmijmy się nimi po kolei.
Co studentowi wypada
Na stronie internetowej Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego można znaleźć "zasady studiowania" (antropologia.isns.uw.edu.pl/zasadystud.html). Czego student nie powinien robić? Oto niewskazane sytuacje - jak zapewnia anonimowy autor - wzięte z życia. I jest to, niestety, spisane całkiem serio:
„[Okazywanie] dowodów uczuć wyższych w formach niższych, czyli np. siadanie w pierwszej ławce podczas wykładu i trzymanie » koleżanki «za udo, podczas gdy ta operuje w okolicach (zapewne erogennych) ucha » kolegi «(! - to b. neutralny opis); (...) - wdzieranie się na zajęcia siłą (sic!) po terminie lub dlatego, że » się chce «, chociaż nie spełnia się wymogów; (...) - » personel pozamiata «, czyli - niestety, coraz bardziej powszechne - zostawianie po sobie śmieci i niewsuniętych na miejsce krzeseł w salach, gdzie odbywają się zajęcia, śmiecenie na korytarzach, (...) - żądania skracania listy lektur, spektakularne okazywanie zdziwienia, że należy je czytać; - wkraczanie na wykład lub inne zajęcia po ich rozpoczęciu, bo ma się akurat » pilną sprawę «do kolegi lub wykładowcy”.
Marta, antropolożka: "Moi studenci nie wiedzą, jak napisać podanie albo jak poprosić o przesunięcie egzaminu. Nie potrafią zwracać się do wykładowcy. Zajęcia przypominają tresurę, a nie kontakt z dorosłymi ludźmi".
Co student może ściągnąć
Nikt nie wie, jak powszechne są plagiaty na polskich uczelniach - w pracach rocznych, licencjackich i magisterskich.
- Nie ma badań - mówi dr Sebastian Kawczyński, z wykształcenia historyk, prezes firmy Plagiat.pl sprzedającej system komputerowy służący do wykrywania plagiatów.
Dr Kawczyński uważa, że szacunki dotyczące ściągania krążące po polskich mediach pochodzą w większości od niego. On z kolei opierał się na badaniach angielskich, w których co czwarty student przyznawał się do "kryptocytatów" - czyli przepisywania fragmentów z cudzych prac bez podania źródła. Problem jest światowy - a skoro u bardzo przestrzegających reguł Anglosasów jest tak źle, to w Polsce raczej nie jest lepiej.
- To kwestia technologii. W dobie internetu bardzo łatwo znaleźć fragmenty cudzych prac, wkleić i skompilować w całość - mówi Kawczyński. - Tu nie tylko chodzi o ochronę własności intelektualnej, ale o samodzielną pracę, której ma uczyć uniwersytet. Ściąganie jest jak doping w sporcie: daje ci nieuczciwe fory.
Źródło: Gazeta Wyborcza