- Czarno widzimy przyszłość. Nie ma kto pracować - mówią w oddziale Związku Samarytańskiego z 18-tys. miasta Burscheid w zachodnich Niemczech. Pracownicy tej charytatywnej instytucji pomagają starszym robić zakupy, opiekują się chorymi. Do tej pory kilku etatowym opiekunom pomagało pięciu chłopców, którzy w Związku Samarytańskim w ramach tzw. służby cywilnej odrabiali wojsko. Teraz chętnych do pracy nie ma.
Jeszcze w zeszłym roku zamiast pójść na dziewięć miesięcy w kamasze, ponad 90 tys. młodych Niemców wybrało pracę w szpitalach, domach opieki czy organizacjach charytatywnych. Rozmaite instytucje pożytku społecznego na tym korzystały, bo pracownik ze służby cywilnej był tani - dostawał tyle co poborowy, czyli ok. 10 euro dniówki.
Ale od 1 lipca pobór został zlikwidowany a wraz z nim znikła służba cywilna. Rząd, by zapewnić szpitalom i domom opieki siłę roboczą uruchomił specjalny program służby ochotniczej. I choć rząd ochotnikom obiecuje wikt, opierunek i 330 euro miesięcznie odzew jest bardzo słaby. Służbą nie interesują się nawet bezrobotni, bo tyle samo wynosi ich zasiłek.
Ministerstwo ds. rodziny, które koordynuje nabór ochotników, uspokaja, że prędzej czy później uda się uzupełnić braki. Ale szefowie instytucji charytatywnych w to wątpią. - Do tej pory nie zgłosił się u nas żaden ochotnik z Burscheid. W całym powiecie znaleziono tylko jedną osobę - mówi Beate Bungart, szefowa lokalnego Związku Samarytańskiego. - To był zły pomysł. Trzeba było wprowadzić służbę obowiązkową - dodaje Karl-Heinz Frings, dyrektor personalny ze szpitala w Remagen w Nadrenii, który także nie dostał żadnego podania od ochotnika. Czerwony Krzyż, który rok temu zatrudniał kilkunastu chłopców ze służby zastępczej jako ratowników w karetkach pogotowia, gdy nie doczekał się chętnych, zatrudnił pracowników na pełen etat. W Turyngii nieobsadzonych jest 90 proc. stanowisk, na których dotąd pracowali ci, którzy nie chcieli iść do wojska.
- Dla wielu instytucji, które uzależniły się od taniej siły roboczej, brak ochotników będzie oznaczał poważne problemy - przestrzega prof. Heinrich Johannes Bartjes z Uniwersytetu w Esslingen.
Źródło: Gazeta Wyborcza