http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bakteria rujnuje niemieckie szpitale

Bartosz T. Wieliński
2011-06-09, ostatnia aktualizacja 2011-06-09 01:21

Epidemia Escherichią coli będzie kosztować niemiecką służbę zdrowia co najmniej kilkaset milionów euro - alarmują kasy chorych. Szpitalom, które opiekują się zakażonymi, kończą się pieniądze i zapasy krwi

Escherichia coli
Fot. HO REUTERS
Escherichia coli
- Liczba zachorowań spada. Najgorsze już jest za nami - zapewniał wczoraj federalny minister zdrowia Daniel Bahr. Ale w jego głosie nie było słychać ulgi. Bo to, że do szpitali zgłasza się mniej osób z objawami infekcji Escherichią coli, nie znaczy, że epidemia, która wybuchła w Niemczech miesiąc temu, wygasła. - Jeszcze nie odwołujemy alarmu. Będą nowi pacjenci i będą też kolejne przypadki śmiertelne - stwierdził Bahr.

Bakteria, która wydziela toksyny powodujące niewydolność nerek i rozpad krwinek, zabiła już 24 osoby (dwie zmarły wczoraj). W całym kraju wykryto prawie 2,5 tys. przypadków zakażenia, co czwarty chory jest w ciężkim stanie.

Skutki epidemii rujnują niemieckie szpitale, które leczą zakażonych. - Rząd musi nam pomóc. Szpitale nie są w stanie wziąć na siebie kosztów epidemii - mówi w "Financial Times Deutschland" Andreas Tecklenburg, wiceszef Uniwersytetu Medycznego w Hanowerze. Podległa mu klinika leczy kilkudziesięciu pacjentów w ciężkim stanie z tzw. zespołem hemolityczno-mocznicowym.

W Hamburgu i Bremie w północnych Niemczech, gdzie bakteria zbiera największe żniwo, na oddziałach 17 szpitali leży kilkuset ciężko chorych. Zajmują całe oddziały intensywnej opieki. Nawał pacjentów jest tak wielki, że odwołuje się planowane operacje, a lżej chorych zwalnia się do domów.

- Pracujemy bez wytchnienia na 14-dniowych zmianach. Pacjentami trzeba opiekować się dzień i noc, wielu oprócz problemów z nerkami ma też zaburzenia neurologiczne - opisuje dziennikarzom "Frankfurter Rundschau" Joachim Prölß, dyrektor kliniki uniwersyteckiej w Hamburgu-Eppendorfie. Dodaje, że jego ludzie ledwo wytrzymują to psychicznie: - Nigdy jeszcze nie widzieliśmy tylu młodych ciężko chorych kobiet [z niewyjaśnionych przyczyn bakteria najczęściej atakuje właśnie je]. Zapewniliśmy im wsparcie psychologów.

Jeszcze przed wybuchem epidemii niemieckie szpitale, które borykają się z brakiem personelu, zalegały lekarzom z wypłatą za miliony nadgodzin rocznie. Teraz ta liczba znacznie wzrośnie. Poza tym ktoś musi zapłacić za leki i zabiegi, m.in. za dializy, którymi leczeni są zakażeni Escherichią. Szefowie klinik przypominają, że rachunki będą musieli pokryć sami. Kontrakty z kasami chorych m.in. na dializy nie przewidziały bowiem takiego nawału pacjentów. Dlatego kasy zgodnie z przepisami pokryją tylko 35 proc. kosztów procedur medycznych, które przekraczają kontrakty. - Jesteśmy w szczególnie złej kondycji finansowej, bo to już druga epidemia w tym roku. Zimą zaatakowała przecież świńska grypa - mówi Tecklenburg.

Dlatego lekarze apelują do rządu o wsparcie. Niemiecki związek kas chorych szacuje, że szpitale w północnych Niemczech leczące ofiary epidemii pilnie trzeba wesprzeć kwotą 100 tys. euro na placówkę. Tyle potrzeba, by zapłacić za nadgodziny lekarzom i pielęgniarkom, pokryć koszty leków i dializ. - Szacujemy, że epidemia będzie kosztować służbę zdrowia kilkaset milionów euro - mówi Moritz Quiske, rzecznik związku kas chorych.

Eksperci proponują stworzenie specjalnego funduszu kryzysowego, z którego opłacano by koszty epidemii. Składałyby się na niego kasy chorych, landy oraz rząd federalny. Minister Bahr nie chce o tym jednak słyszeć. Obiecuje, choć nie podaje szczegółów, że żaden szpital nie pójdzie przez epidemię z torbami.

Oprócz pieniędzy szpitalom zaczyna brakować krwi, którą przetacza się ciężko chorym pacjentom. - Krew ściągamy ze szpitali w południowych Niemczech albo odkupujemy od prywatnych firm. Na dłuższa metę to jednak nie wystarczy - mówi Oliver Grieve, rzecznik kliniki uniwersyteckiej we Flensburgu.

Ciągle nie wiadomo, skąd zmutowana bakteria wzięła się w Niemczech. Władze sanitarne podejrzewały, że przeniosła się m.in. na skażonych ogórkach z Hiszpanii lub kiełkach fasoli hodowanych na farmie w Dolnej Saksonii. Wszystkie tropy okazały się fałszywe, a niemieccy eksperci przyznają, że źródła epidemii raczej nie uda się odnaleźć.

Epidemia rujnuje niemieckie i hiszpańskie rolnictwo - na skutek oskarżeń władz sanitarnych popyt na importowane i krajowe ogórki, a także sałatę i pomidory spadł do zera. Hiszpańscy plantatorzy stracili co najmniej kilkadziesiąt milionów euro, niemieccy codziennie niszczą warzywa warte nawet 3 mln euro, których nie są w stanie sprzedać. UE obiecała, że na odszkodowania dla nich przeznaczy 210 mln euro.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':