Prezydencki minister Tomasz Nałęcz i rzecznik rządu Paweł Graś mówili w niedzielę w Radiu ZET, że sprawę tych więzień prokuratura powinna wyjaśnić. Dodali, że do tej pory nie zwróciła się ani do prezydenta Komorowskiego, ani do premiera Tuska o zwolnienie kogokolwiek z tajemnicy.
- To była jedna z pierwszych decyzji tego rządu, by tę sprawę skierować do prokuratury. Nie znam przypadku, żeby odmówiono zwolnienia z tajemnicy kogokolwiek. Dajmy prokuraturze popracować - mówił Graś.
Prof. Nałęcz: - Jeśli Polska chce mieć opinię państwa praworządnego, to trzeba wyjaśnić tę sprawę. Prezydent Komorowski powiedział publicznie, że do niego żaden wniosek od prokuratury w sprawie zwolnienia b. prezydenta [Aleksandra Kwaśniewskiego] nie wpłynął. Jeśli wpłynie i jeśli będzie istotne podejrzenie, że mogło dojść do naruszenia konstytucji, prezydent to rozważy.
Wyglądało to jak zaproszenie prokuratury do wystąpienia z wnioskiem. Prokuratura zwracała się już do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o zwolnienie Aleksandra Kwaśniewskiego z tajemnicy, ale
Lech Kaczyński odmówił. Jego decyzja nie wiąże jednak Bronisława Komorowskiego. Premier mógłby zaś zwolnić z tajemnicy b. premiera Leszka Millera czy b. szefa Agencji Wywiadu, dziś europosła
SLD Zbigniewa Siemiątkowskiego.
Rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie zapewniał po publikacji "Gazety" sprzed tygodnia (pisaliśmy, że śledztwu grozi umorzenie, bo odsunięto od niego prokuratora, który chciał stawiać zarzuty), że prokuratura nadal śledztwo prowadzi i ma do przesłuchania ponad 20 świadków. Nie powołał się na trudności związane z niezwolnieniem z tajemnicy.
Skoro najwyższe władze w państwie deklarują, że sprawę trzeba wyjaśnić, to logiczną konsekwencją jest umożliwienie przesłuchania kluczowych świadków.
Nie trzeba wytaczać najcięższych dział Przesłuchanie nie musi, oczywiście, prowadzić do postawienia zarzutów. A tym bardziej - do oskarżenia. Ale trzeba pamiętać, że dla postawienia zarzutu nie trzeba wytaczać najcięższych dział, czyli oskarżenia o pomocnictwo w stosowaniu tortur czy bezprawnym pozbawianiu wolności.
Tak mogłoby się stać, gdyby prokurator za podstawę przyjął to, co mówi Józef Pinior, były członek komisji Parlamentu Europejskiego, która badała sprawę tajnych więzień
CIA. A były europoseł mówi, że słyszał z wiarygodnego źródła o istnieniu instrukcji podpisanej przez Leszka Millera określającej funkcjonowanie takiego więzienia w Polsce, z uwzględnieniem nawet postępowania w razie śmierci więźniów.
Jednak równie możliwy jest zarzut niedopełnienia obowiązku przez funkcjonariusza publicznego, które umożliwiło bezprawne uwięzienie. Takim niedopełnieniem obowiązku będzie sytuacja, w której prezydent i premier nie zawarli formalnego porozumienia z
USA, ale tolerowali takie porozumienie na niższym szczeblu, lub choćby tylko wiedząc, że takie więzienie istnieje, nie zrobili nic, by zapewnić więźniom ochronę przed popełnianiem na nich przestępstw.
Konstytucyjnym i ustawowym obowiązkiem polskich władz jest bowiem ochrona przed naruszaniem praw każdej osoby, która znajdzie się na terytorium Polski.
Nie chodzi tylko o tortury. W myśl konstytucji bezprawne jest każde pozbawienie wolności trwające dłużej niż 72 godziny, jeśli nie ma na nie zgody sądu. Tak więc samo lądowanie w Polsce samolotu z więźniami dla zatankowania paliwa tego prawa nie narusza - nawet gdyby więźniowie byli na czas nie dłuższy niż 72 godziny przetrzymywani w samolocie czy w innym budynku. Na tej prawdopodobnie zasadzie Brytyjczycy tolerowali takie międzylądowania na swoim terytorium.
Z kilku źródeł mamy potwierdzenia, że lądowania w Polsce były i że niektóre samoloty zostawiały pasażerów w Polsce. Mówią o tym m.in. dokumenty uzyskane przez Helsińską Fundację Praw Człowieka od Straży Granicznej i Urzędu Lotnictwa Cywilnego.
Granice zwalczania terroryzmu Co by się stało, gdyby prokuratura uznała, że są podstawy do postawienia najwyższych osób w państwie w stan oskarżenia?
Jeśli dotyczyłoby to prezydenta, premiera czy ministra - odpowiadają oni przed Trybunałem Stanu. Akt oskarżenia poszedłby nie do sądu, tylko do parlamentu. Zajęłaby się nim komisja odpowiedzialności konstytucyjnej.
Musiałaby rozważyć wszystkie okoliczności i zdecydować, czy skierować do Sejmu, czy w przypadku prezydenta - do Zgromadzenia Narodowego (połączone izby - Sejm i Senat) wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu. Potem trzeba by większości dwóch trzecich Zgromadzenia Narodowego i trzech piątych Sejmu, by taki wniosek uchwalić. A gdyby został uchwalony, jest jeszcze sąd - Trybunał Stanu, który może skazać lub nie. A gdyby skazał - jest jeszcze prezydenckie prawo łaski.
Okoliczności, które wszystkie te instancje musiałyby rozważyć, to kwestia ewentualnego działania funkcjonariuszy w stanie wyższej konieczności (sprawa jest podobna do toczącego się procesu twórców stanu wojennego, którzy twierdzą, że wprowadzili go, bo Polsce groziła sowiecka interwencja): • Czy dla skutecznego zwalczania terroryzmu wolno łamać prawo? • Czy rzeczywiście dostępne dziś środki są niewystarczające? • A jeśli są niewystarczające, to czy można dopuścić tortury? • Czy gdyby przyjąć, że w Polsce było „tylko” bezprawne uwięzienie, to racje „obrony koniecznej” przeważają nad prawem do wolności osobistej? • Czy były proceduralne możliwości wydania sądowej decyzji o zatrzymaniu?
Byłaby to debata publiczna. Szukalibyśmy wszyscy - tak jak nie tak dawno Amerykanie - odpowiedzi na pytania o dopuszczalne granice zwalczania terroryzmu.
Rozmawialibyśmy o granicach odpowiedzialności funkcjonariusza publicznego. O tym, że w sytuacjach skrajnych - jeśli w jego ocenie występuje w obronie wyższego dobra - może złamać prawo, ale ryzykując, że jego racje nie zostaną uznane i poniesie odpowiedzialność.
Tak w 2008 r. uzasadniał wyrok
Trybunał Konstytucyjny, uznając za sprzeczny z konstytucją przepis pozwalający na zestrzelenie pasażerskiego samolotu, jeśli podejrzewa się, że został przejęty przez terrorystów. Trybunał orzekł, że prawo nie może takich sytuacji sankcjonować z góry. Funkcjonariusz może natomiast wziąć odpowiedzialność za zestrzelenie samolotu i poddać się ocenie prawa.
Taka debata byłaby potrzebna. Z jednej strony pokazalibyśmy opinii międzynarodowej, że nie zamiatamy sprawy pod dywan, że stać nas na uczciwy rachunek. Z drugiej - nie musiałaby prowadzić do uznawania za winnych funkcjonariuszy, którzy znaleźli się w sytuacji trudnego wyboru.