http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cenzura internetu a sprawa polska

Katarzyna Szymielewicz - fundacja Panoptykon, Józef Halbersztadt - Internet Society Poland, Jakub Śpiewak - fundacja Kidprotect.pl
2011-06-06, ostatnia aktualizacja 2011-06-05 16:19

Stanowisko, jakie zajmie Polska w kwestii blokowania stron internetowych, będzie jasnym sygnałem dla społeczeństwa, jakie wartości i jaką politykę wspiera nasz rząd

Czy prowadząc życie towarzyskie przede wszystkim w sieci, stajemy się bardziej samotni?
Fot. AP
Czy prowadząc życie towarzyskie przede wszystkim w sieci, stajemy się bardziej...
Minister Kwiatkowski, pisząc o priorytetach polskiej prezydencji w wymiarze sprawiedliwości ("Gazeta", 25.05.2011), wspomniał o wyzwaniu, jakim będzie zakończenie prac nad dyrektywą o zwalczaniu seksualnego wykorzystywania dzieci. Największe kontrowersje budzi przewidziany w projekcie dyrektywy obowiązek blokowania stron zawierających pornografię dziecięcą. Stanowisko, jakie zajmie w tym sporze Polska, będzie miało duże znaczenie nie tylko dlatego, że w lipcu obejmujemy prezydencję w Unii Europejskiej, a tym samym rolę negocjatora pomiędzy instytucjami europejskimi. Przede wszystkim dlatego, że będzie to jasny sygnał dla polskiego społeczeństwa, jakie wartości i jaką politykę wspiera nasz rząd.

Za wykreśleniem z projektu dyrektywy obowiązku blokowania opowiedziały się już Niemcy, Francja i kilka innych państw. Oficjalnie Polska nie zajęła jeszcze stanowiska. Jednak w grudniu 2010 r. rząd poparł wstępne założenia dyrektywy, które przewidywały obowiązkowe blokowanie stron z pornografią dziecięcą. Stało się to bez żadnej debaty publicznej. A przecież kilka miesięcy wcześniej - po protestach przeciwko utworzeniu Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych - premier obiecywał, że wszelkie decyzje polityczne istotne dla przyszłości internetu będą konsultowane.

Minister Kwiatkowski pisze, że rolą Polski w czasie prezydencji będzie wypracowanie kompromisu pomiędzy Parlamentem i Radą Unii Europejskiej, które w podejściu do blokowania stron wyraźnie się różnią. Minister pomija jednak milczeniem ważny etap: polski rząd powinien w pierwszym rzędzie wypracować własne stanowisko, które w unijnych negocjacjach będzie twardo reprezentować. To oznacza, że czas na poważną debatę publiczną i przeanalizowanie dostępnych opcji. Punktem wyjścia musi być jednak odrzucenie kilku mitów.

Mit pierwszy: Blokowanie jest skutecznym środkiem w walce z pornografią dziecięcą w sieci

Blokowanie nie działa, ponieważ nie likwiduje dostępu do treści, które próbujemy wyeliminować. Zablokowane strony nie znikają z serwerów - wciąż można do nich dotrzeć, wystarczy wybrać inną drogę przez internet. Taką umiejętność, na poziomie podstawowym, jest w stanie opanować każdy użytkownik internetu w kilka minut. Wraz z postępującym rozwojem technologii stanie się to jeszcze łatwiejsze, tym bardziej że rząd USA po raz kolejny ogłosił, że przeznacza miliony dolarów na rozwój technologii omijania blokad internetowych.

Blokowane strony są natychmiast przenoszone na inne serwery (nawet kilkadziesiąt razy w ciągu doby), co skutkuje tylko kosztowną zabawą w kotka i myszkę. Jednocześnie pojawia się ryzyko, że organy ścigania w poczuciu tego, że "coś" zostało już zrobione, nie zajmą się dotarciem do sprawców i skutecznym usunięciem treści. Doświadczenie przeprowadzone przez niemieckich aktywistów na jednej z czarnych list, która wyciekła w Danii, potwierdziło te obawy. Okazało się, że niektóre ze stron były na liście blokowanych adresów już ponad dwa lata. Wystarczyło zawiadomienie właścicieli serwerów, żeby zniknęły z internetu w ciągu 30 minut.

Mit drugi: Stron z pornografią dziecięcą nie da się usuwać

Jedyną skuteczną i zgodną z demokratycznymi standardami metodą walki z pornografią dziecięcą w sieci jest usuwanie tego typu treści, a nie prowizoryczne blokowanie. Pod kontrolą sądu, z udziałem biegłych i po rzetelnym zbadaniu sprawy. Nie istnieją techniczne ograniczenia dla skutecznego usuwania treści bezpośrednio z serwerów. Pokazują to chociażby sukcesy w eliminowaniu stron służących do wyłudzeń finansowych, które znikają z sieci w ciągu kilkunastu minut. Według oficjalnych danych stosowana w USA procedura usuwania treści, które zostały zgłoszone jako naruszające prawo, ma 100 proc. skuteczności.

Jak pokazują dane z regularnie wyciekających czarnych list, większość stron internetowych dostarczających pornografię dziecięcą znajduje się w Europie Zachodniej. Inne popularne lokalizacje to USA, Rosja i Ukraina. Ze wszystkimi tymi państwami Unia Europejska ma podpisane umowy międzynarodowe i może żądać usuwania nielegalnych treści w trybie współpracy policyjnej lub sądowej. Zasadniczym problemem jest jednak brak woli politycznej i mechanizmów komunikacji pomiędzy organami ścigania. Dlatego państwa Unii Europejskiej powinny się skoncentrować na wzmocnieniu współpracy międzynarodowej, np. poprzez stworzenie sieci punktów kontaktowych. Ta współpraca już istnieje - w ramach Interpolu. Istnieje również międzynarodowy akt prawny umożliwiający usuwanie pornografii dziecięcej (II protokół fakultatywny do konwencji o prawach dziecka).

Mit trzeci: Blokowanie nikomu nie szkodzi, skoro dotyczy tylko „treści zakazanych”

Blokowanie (jakichkolwiek) treści stanowi zagrożenie dla wolności słowa. Nie jest możliwe zastosowanie tego środka z "laserową precyzją" jedynie do treści, które bezdyskusyjnie uznamy za nielegalne. Ofiarą cenzury muszą paść także treści legalne, np. całe serwisy służące do hostingu materiałów wideo, encyklopedie czy fora internetowe. Po pierwsze dlatego, że wyznaczenie twardej granicy pomiędzy nielegalną pornografią dziecięcą a legalną pornografią czy erotyką jest niemożliwe. Po drugie, nawet bezdyskusyjne treści są zwykle przechowywane na stronach razem z legalnymi, które blokujemy "przy okazji". Arbitralna decyzja szeregowego policjanta, który ad hoc ma zdecydować o tym, czy zgłoszony mu materiał uznać za pornografię dziecięcą i wpisać na czarną listę, nigdy nie zastąpi niezawisłego sądu.

Osobny problem i samoistne zagrożenie dla demokracji to konieczność stworzenia w internecie infrastruktury, która umożliwi blokowanie treści. Tego nie da się zrobić w oparciu o istniejące narzędzia - trzeba zainwestować duże środki i wiedzę w zbudowanie odpowiednich filtrów. Filtrów, które w przyszłości mogą posłużyć do blokowania dowolnych treści, nie tylko tych, które dziś uznajemy za zakazane. Tym samym budujemy nowy rodzaj infrastruktury, która może zostać przejęta i wykorzystana do walki politycznej lub wzmożonej kontroli nad społeczeństwem.

Mit czwarty: Polityka blokowania treści jest oparta na faktach

Komisja Europejska - która zaproponowała blokowanie jako środek w walce z seksualnym wykorzystywaniem dzieci i pornografią dziecięcą - nigdy nie przedstawiła ani dowodów na skuteczność tego środka, ani analiz potwierdzających skalę zwalczanego zjawiska. Na pytanie posłanki Joanny Senyszyn, czy Komisja posiada lub planuje zamówić odpowiednie studia i opracowania analityczne, otrzymaliśmy odpowiedź negatywną. Dlaczego? Ponieważ - zdaniem Komisji - przedstawienie takich dowodów i analiz nie jest konieczne.

Jako obywatele mamy prawo uważać inaczej, jako że w grę wchodzi ograniczenie naszych konstytucyjnych wolności. Nie bez powodu w demokracji przyjęto zasadę, że obowiązek uzasadnienia spoczywa na tym, kto wolność ogranicza, a nie na tym, który jej broni. W kontekście polskiej prezydencji pytamy: Czy minister Kwiatkowski jest gotowy podjąć się przygotowania odpowiedniego uzasadnienia?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':