Trzy i pół roku temu prokuratorzy twierdzili, że żołnierzom grozi sześć wyroków dożywocia i jeden 25 lat - za to, że 16 sierpnia 2007 r. polski patrol ostrzelał cywilne zabudowania w wiosce Nangar Khel z moździerza i karabinu maszynowego. Zginęło sześć osób, w tym dzieci.
Zdaniem prokuratury istniały niezbite dowody, że ostrzał cywilnego obiektu był motywowany odwetem. Po atakach talibów na natowskie konwoje kpt. Olgierd C. wydał ponoć rozkaz "przep... trzy wioski", a oddział szybkiego reagowania rozkaz wykonał. Działanie polskich żołnierzy przypominało więc do złudzenia pacyfikację.
Żołnierze zostali najpierw widowiskowo aresztowani, a potem widowiskowo wypuszczeni. Przeciwko takiemu ich potraktowaniu protestowali szef
MON Bogdan Klich i szef
MSZ Radosław Sikorski (były minister obrony).
Gdy kilka dni temu prokuratura przedstawiała mowy końcowe, była mniej pewna swego. Wiele wątpliwości wskazywało raczej na błąd niż celowe działanie. Wniosła o kary 12 lat i 5 lat za złamanie polskiego prawa, konwencji haskiej i genewskiej chroniących cywilów na wojnie; podtrzymała zarzut zbrodni wojennej.
Wyrok Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie - działającego pod ogromną presją - wydaje się wygodny dla wszystkich. Dla polskich władz, generalicji, żołnierzy i społeczeństwa, które nie dopuszczało do świadomości faktu, że polscy żołnierze mogą być winni zbrodni wojennej.
Sąd nie wchodził, bo nie mógł, w meritum sprawy. Zdaniem sędziego płk. Mirosława Jaroszewskiego materiał zgromadzony przez prokuraturę nie pozwala udowodnić winy. Wiemy więc, że z rąk polskich żołnierzy zginęło sześć osób. Nie wiemy, dlaczego. Jeśli to był błąd, to kto za niego był odpowiedzialny.
Nie została przeprowadzona wizja lokalna, która mogła rozjaśnić, co widzieli oskarżeni. Ekspertyzy broni nie wyjaśniały, czy na wysokości 2100 m (tak wysoko położona była wioska) pocisk moździerzowy zboczył z toru, czy też spadł tam, gdzie celowała obsługa. Fakt, że żołnierze pomagali rannym, przeczył tezie prokuratury, że był to atak z premedytacją na cywilów. Nie wyjaśniono nawet, czy rzeczywiście - jak mówił dowódca patrolu - przetrzebiony przez Antoniego Macierewicza kontrwywiad wojskowy w Afganistanie pozostawił żołnierzy bez podstawowych informacji.
Wyrok ten świadczy, że polskie organa ścigania i wymiar sprawiedliwości są zupełnie nieprzygotowane na sytuacje, jakie stwarza udział żołnierzy w wojnie partyzanckiej, gdzie granica między cywilami a bojownikami jest płynna.
Przed podjęciem operacji w Afganistanie żołnierze nie byli przygotowani mentalnie do działań w takiej wojnie. Polscy dowódcy także. Nasi żołnierze działają w Afganistanie bez tzw. ograniczeń narodowych (jak np. prawo strzelania tylko w obronie własnej). Wymagano od nich współpracy z Amerykanami według ich procedur i standardów, choć
Stany Zjednoczone wielu konwencji międzynarodowych dotyczących działań wojennych nie podpisały.
Pamiętając przejścia żołnierzy spod Nangar Khel, ich koledzy w Afganistanie i na każdej innej wojnie dłużej się zastanowią, zanim zaczną strzelać do "nierozpoznanego celu". Ministerstwo Obrony zapewniało, że po Nangar Khel prowadzi się szkolenia m.in. z prawa międzynarodowego i żołnierze wiedzą już, kiedy i w jakich okolicznościach mogą używać broni.
Jednak - jak mówią dowódcy - od kilku lat wśród polskich żołnierzy na misjach istnieje "syndrom Nangar Khel". Boją się używać broni, mając w pamięci, co się stało z ich kolegami z Bielska-Białej. W polskich warunkach niebezpieczny może się bowiem okazać nie tylko talib czyhający w zasadzce, ale też prokurator w kraju.
Czy walczący dziś w Afganistanie żołnierze naprawdę wiedzą, kiedy mogą strzelać? Śmiem wątpić. Przypuszczam, że wielu z nich nadal "nie kapuje, o co w tym wszystkim chodzi".
Czytaj także Nie ma syndromu Nangar Khel