http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nihilista w swoim żywiole

Tadeusz Sobolewski
2011-05-26, ostatnia aktualizacja 2011-05-26 19:48

"Melancholia", reż. Lars von Trier
Fot. MATERIALY PRASOWE

Od piątku w kinach "Melancholia" Larsa von Triera. Na oczach widza duński reżyser dokonuje nieustannej autoterapii i w rezultacie - biorąc nas za świadków - robi nam dobrze. Dlatego jego perwersyjne filmy mają tylu wielbicieli

ZOBACZ TAKŻE


Oglądając "Melancholię" Larsa von Triera, przypomniałem sobie świetną wystawę pod takim samym tytułem czynną w Berlinie w 2006 r. podczas festiwalu filmowego. Były na niej zgromadzone dzieła sztuki od antyku do nowoczesności wyrażające spleen, który towarzyszył ludzkości zawsze. Starożytni Grecy wiązali go z pierwiastkiem "czarnej żółci" krążącym we krwi - "melas chole".

Można tam było obejrzeć słynną rycinę Dürera "Melancholia" - anielica z głową opartą na łokciu, wokół niej piętrzą się dzieła sztuki, narzędzia wiedzy, ale wszystko to martwe, bezużyteczne. Świat zastygł i nic go nie zmieni, kula ziemska zatrzymała się w jałowym biegu, a życie w złej godzinie. Podparty na łokciu siedzi średniowieczny Chrystus frasobliwy. W tym samym geście, z ręką przy brodzie, "Myśliciel" Rodina - obaj pogrążeni w melancholijnej świadomości nieubłaganego biegu rzeczy. Dlaczego taka sztuka przynosi ulgę? Ona mówi: nie martw się, tak było zawsze.

Film von Triera mógłby być eksponatem na tej wystawie, szczególnym przykładem sztuki nie tylko melancholijnej, ale dodatkowo jeszcze przewrotnej, paradoksalnej. Kres wszystkiego i rozpad sensu zwiastuje w nim zbliżająca się do Ziemi błękitna planetoida Melancholia. Zbliża się ona do nas stopniowo, niezauważalnie, początkowo jako mrugająca gwiazdka, na którą zwraca uwagę tylko Justyna (Kirsten Dunst) biorąca ślub z synem bogatego właściciela firmy, którego nie kocha.

Naukowcy twierdzą, że Melancholia ominie Ziemię, i zapowiadają niebywały kosmiczny spektakl. A jeśli nie ominie? Jeśli ludzkość została oszukana? Wtedy wszystko straci sens. W tym filmie na naszych oczach następuje rozpad wszelkiego sensu. Tylko skąd łut nieokreślonej nadziei w finale?

Opowiadać znaczy żyć

Kiedy świat się kończy, można się oszukiwać, można śpiewać, można w coś wierzyć - albo popełnić samobójstwo. Można próbować, jakby nigdy nic, jeść ostatnie śniadanie pod jasnym niebem, po którym niezauważalnie sunie nowe ciało niebieskie. Można zaglądać do internetu po wiadomości. I sprawdzać za pomocą zrobionego naprędce prymitywnego instrumentu, kółka z drutu, czy błękitna kula się zbliża, czy oddala. Cała nauka sprowadza się w tym momencie do tego drucianego kółka. Cała religia - do dziecięcego wigwamu z gałęzi, który przed niczym nie uchroni, ale który należy z jakichś powodów postawić, choćby po to, by dziecku dodać otuchy.

Jeśli jednak nie przetrwa żaden świadek i nie ma żadnej nadziei, całe opowiadanie traci sens. Bo każde opowiadanie zakłada jakiegoś adresata i możliwość ciągu dalszego, bo przecież "opowiadać znaczy żyć". Wyrazić nicości się nie da, bo jej obraz czy samo słowo "nic" - już istnieje. Trier jak prestidigitator wyjmujący królika z cylindra podejmuje się w filmie o końcu świata zadania niewykonalnego. Jego opowiadanie, zmierzając do kresu, zarazem unicestwia samo siebie. Daje przedsmak nicości, która wobec braku wyjścia okazuje się wyjściem jedynym, upragnionym końcem wszystkiego. To coś więcej niż melancholijny obraz świata w bezruchu. Coś innego niż buddyjska sztuka zen, bo w niej ze świadomości pustki wyrasta zachwyt nad znikającym światem, nad każdym jego drobiazgiem, źdźbłem trawy. "Melancholia" na odwrót - cala jest wypełniona pragnieniem końca. To akt czystego nihilizmu, pochwała śmierci, która nabiera przewrotnie pozytywnego sensu, okazuje się jedynym możliwym happy endem, pociechą nihilisty.

Uruchomiona w filmie maszyneria efektów specjalnych, kosmiczny cyrk, na którego tle toczy się akcja, to odwrotność kosmogonii z "2001: Odysei kosmicznej". W roku 2011 Lars von Trier, jakby na złość wielkiemu Kubrickowi, który wierzył w istnienie kosmicznej inteligencji i w dalszą ewolucję człowieka, mówi za swoją bohaterką: jesteśmy sami w kosmosie. Jesteśmy nic niewarci i nikt nas nie będzie żałował. Dziwna satysfakcja, jaką daje film von Triera, polega na tym, że zaczynamy wraz z bohaterką czekać na to, co jest największym z możliwych lęków, gorszym od lęku przed śmiercią. Autor dzieli się z nami tęsknotą melancholika - pragnieniem nicości.

Nie ma żadnej nadziei

W gruncie rzeczy akcja "Melancholii" dzieje się we wnętrzu człowieka. Film zaczyna się rodzajem uwertury, w której pojawiają się jak w sennym koszmarze obrazy spętania i destrukcji. Później, w części pierwszej zatytułowanej "Justyna" (druga część nosi imię jej siostry Claire), dokumentalna kamera użyta podobnie jak w "Przełamując fale" obserwuje weselną noc w wynajętym zamku-hotelu. Uśmiech szczęśliwej panny młodej okazuje się maską, która stopniowo opada, przechodząc w niechęć, w końcu w agresję i skandaliczne ekscesy. Zanim na niebie pokaże się planetoida, melancholia działa już wewnątrz niej. Filmem rządzi schizofreniczna dwoistość. Katastrofa planetarna jest odbiciem katastrofy psychicznej. Dwie siostry, jasna i ciemna (Kirsten Dunst i Charlotte Gainsbourg), zdają się reprezentować dwie strony jednej osobowości. Claire, ta dobra, mimo że traktowana z nienawiścią przez siostrę, jest mistrzynią ceremonii, stara się, żeby wesele się udało, a jego kolejne punkty wypadły jak należy: krojenie tortu, pocałunek państwa młodych, loteryjka.

Natomiast Justyna punkt po punkcie niszczy swoje wesele łącznie z nocą poślubną. Postępuje podobnie jak tytułowi "Idioci" z filmu von Triera - może najważniejszego w jego karierze obok "Melancholii". Te dwa filmy to szczytowe wyrazy jego artystycznej przewrotności. W "Melancholii", jak kiedyś w "Idiotach", destrukcyjna postawa zostaje zrehabilitowana, okazuje się czymś cennym i pomocnym w momencie prawdziwej katastrofy. "Nienormalna" Justyna już wcześniej przeżyła katastrofę kosmiczną w sobie - ludzie w depresji tak właśnie przeżywają rzeczywistość. W momencie krytycznym to właśnie ona okaże się silna, będzie wiedziała, co robić, poda rękę siostrze i małemu siostrzeńcowi.

Mały koniec świata

Co właściwie chce nam pokazać von Trier? Że gdy nie ma żadnej nadziei, nihilista jest w swoim żywiole, ponieważ jego najgorsze oczekiwania zostają spełnione? Rozpacz, melancholia, to wszystko, co negatywne, nabiera wtedy pozytywnego sensu. Jak bohater "Człowieka z podziemia" Dostojewskiego von Trier i jego bohaterowie mówią: niech ginie świat, bylebym mógł pić swoją herbatę! Planeta Melancholia swoim pojawieniem się spełnia w gruncie rzeczy życzenie Justyny: niech świat przestanie istnieć! Stąd jej dziwny spokój, przejście objawów depresji, w miarę jak sytuacja przybiera coraz gorszy obrót. Podobnie reagują konie w stajni - początkowo ogarnięte paniką, kiedy robi się naprawdę źle, uspokajają się w swoich boksach.

Ta sztuka, obracając przeciwieństwami, chce leczyć. I w jakimś sensie to robi, stając się szczepionką przeciwko temu, czego boimy się najbardziej w sobie. Trier się przed nami obnaża jak niektórzy pacjenci. Na oczach widza dokonuje nieustannej autoterapii i w rezultacie - biorąc nas za świadków, a właściwie uczestników seansu - robi nam dobrze. Dlatego jego perwersyjne filmy mają tylu wielbicieli. Trudno dociec, na ile są one symptomem pewnych stanów, a na ile ich interpretacją i przekroczeniem. Pewnie jednym i drugim - na tym polega ich niezwykłość.

Spektakl, jaki von Trier zafundował nam w Cannes, wygadując bzdury o Hitlerze, wydaje się dalszym ciągiem gry, jaką prowadzi w swoim filmie. A my, chcąc nie chcąc, w tej grze uczestniczymy. Wykluczenie go z festiwalu, uznanie za persona non grata, źle wróży na przyszłość kontaktom z Cannes, na którym tak bardzo mu zależy, który go w jakimś sensie stworzył. Ale ten cios von Trier niejako sam sobie zafundował - taki maleńki "koniec świata". Jego nabolałe ego, ogromne jak planeta Melancholia, być może potrzebuje takich wstrząsów. Ten reżyser jak niegrzeczne dziecko robi to, czego nie wolno, ale chce, żeby takim właśnie go kochano. Paradoks nihilisty polega na tym, że strasznie potrzebuje miłości, odpychając ją od siebie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':