Bohater Malicka (gra go Sean Penn) m.in. wraca do swojego dzieciństwa. Jego rodziców grają Jessica Chastain i Brad Pitt
Fot. CANNES
Złota Palma na festiwalu w Cannes dla wielkiego amerykańskiego outsidera, poety kina Terrence'a Malicka za "Drzewo życia" - akt wiary w sens życia. Film jest imponujący, ale zupełnie nieprzekonujący
Fot. AP/Joel Ryan
Reżyser ''Drzewa życia'' nie pojawił się na rozdaniu nagród. Złotą Palmę...
W konkursie canneńskim stanęły naprzeciw siebie dwie wizje spraw ostatecznych, obie pełne artystycznego rozmachu - nihilistyczna "Melancholia" Larsa von Triera i pełne wiary "Drzewo życia" Terrence'a Malicka. Pierwszy z tych filmów, dekadencki, ale niezwykle sugestywny i całkowicie spełniony, po incydencie na konferencji Larsa von Triera i uznaniu reżysera przez festiwal za persona non grata, został faktycznie wyeliminowany z konkurowania o Złotą Palmę (nagrodę aktorską otrzymała jedynie Kirsten Dunst za rolę pogrążonej w depresji Justyny, która rujnuje własne wesele).
Jury pod przewodnictwem Roberta De Niro miało w tej sytuacji zadanie ułatwione: mogło nagrodzić "największego poetę Hollywoodu" Terrence'a Malicka, wielkiego outsidera amerykańskiego kina, autora "Niebiańskich dni", "Cienkiej czerwonej linii", "Nowego świata". On również był tego dnia nieobecny w Cannes - jest znany z tego, że nie pokazuje się publicznie, nie udziela wywiadów. "Drzewo życia" jest dziełem imponującym, ale przełamanym. Pierwszy projekt tego filmu powstał przed 30 laty. To rodzaj filmowej modlitwy będącej poszukiwaniem zakorzenienia w świecie. Dla bohatera filmu jest to akt pojednania z ojcem i Bogiem równocześnie. Film rozpoczyna się od cytatu z Księgi Hioba - wszystko, co potem oglądamy, staje się ilustracją biblijnego argumentu: wspaniałość dzieła stworzenia ma przyćmić ludzkie poczucie rozpaczy.
Współczesny biznesmen (Sean Penn), mieszkaniec sterylnego szklanego wieżowca, wraca myślą do czasów swojej młodości, do lat 50., do pobożnej protestanckiej rodziny z Teksasu, do autorytarnego ojca (Brad Pitt), łagodnej matki, zmarłego brata. W nieustannym, płynnym ruchu kamery jak w przedśmiertnych obrazach przewija się całe jego minione życie, od narodzin do dojrzałości. Można by z tego materiału wykroić faulknerowską sagę z amerykańskiego Południa mówiącą o rozpadzie rodziny, o przemijaniu. Ale w koncepcji Malicka lament nad minionym życiem przeradza się w pochwałę istnienia: wszystko było dobre! Historia rodziny staje się elementem historii kosmosu w mikro- i makroskali. Teksaska opowieść jest obramowana z jednej strony obrazami Wielkiego Wybuchu, powstawania planety i ewolucji życia na Ziemi (z dinozaurami włącznie) - z drugiej strony prowadzi do symbolicznych obrazów zbawienia, spotkania z bliskimi na wielkiej oceanicznej plaży w "życiu po życiu".
Wzniosły banał
Ten "największy poeta Hollywoodu" jest dzieckiem amerykańskiego transcendentalizmu, filozofii Emersona uznającego człowieka za "drobną iskierkę we wszechobejmującej duszy świata". Jednak, przy całym podziwie dla zamierzenia Malicka, razi deklaratywność filmu, dosłowność jego metafory. Żarliwe wyznanie wiary niebezpiecznie upodabnia się do kazania amerykańskiego kaznodziei, do obrazów z telewizji popularnonaukowej i religijnej. Inaczej niż u takich filozofów i mistyków kina jak Kubrick (który ma swój wielki powrót; w Cannes pokazano zremasterowaną wersję "Mechanicznej pomarańczy") czy Tarkowski u Malicka kosmiczna wizja, której towarzyszą szlagiery muzyki poważnej - Brahms, Berlioz, Mahler, Górecki - zamienia się we wzniosły banał. Gdzieś w środku tego kosmicznego panoptikum ukrywa się jednak wspaniale zrealizowany dramat rodzinny, dramatyczny konflikt z ojcem, przyćmiony później wizją Pana Boga. W każdym razie jest faktem znamiennym, że na festiwalu, gdzie do Złotej Palmy kandydować mogły co najmniej cztery filmy (dwa z nich otrzymały szczęśliwie Grand Prix), zwyciężył optymizm przyniesiony z kultury amerykańskiego Południa lat 50. - Malick oddał w ten sposób hołd swojemu "krajowi lat dziecinnych".
Filmowy Nobel
Jako obraz odkupienia, zwycięstwa nad złem przekonuje mnie bardziej film braci Dardenne "Chłopiec na rowerze" - być może najlepszy, jaki dotąd zrealizowali. Tam też jest Bóg, choć nie mówi się o nim ani słowa. Bracia Dardenne słusznie dostali za niego Grand Prix. Ci skromni reżyserzy, przypominający swoją postawą naszego Stanisława Różewicza, trzecią Złotą Palmą w swojej karierze byliby chyba zakłopotani.
Filmem, który nieoczekiwanie znalazł się w czołówce konkursu, dając poczucie, że żyjemy w świecie nieogarnionym, niepoznawalnym, okazał się turecki "Zdarzyło się w Anatolii" Nuri Bilge Ceylana: nocna podróż policjantów, prokuratora i lekarza sądowego oraz człowieka podejrzanego o morderstwo w poszukiwaniu zwłok zamordowanego. Mimo spisywanych protokołów, mimo sekcji odnalezionych zwłok w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się niczego o istocie zdarzenia, ale zaczynają liczyć się niuanse, to, co pozornie drugorzędne, drobne odruchy, relacje między uczestnikami tej jazdy. Ten tajemniczy pseudokryminał mówiący o niepoznawalności świata ma coś z ducha filmów Antonioniego - "Powiększenia" i "Zawód: reporter". Prawda ostateczna wymyka się z pola widzenia, wagi nabiera nieoczekiwany szczegół. Rzeczywistość w niezwykle sugestywny sposób objawia się przed widzem jak niepodzielny blok.
Złota Palma to rodzaj filmowego Nobla. Gdzie indziej czeka się tylko na filmy, tu - na autorów. Żaden inny z wielkich festiwali nie daje poczucia, że przyglądamy się z dystansu całemu współczesnemu światu okiem autora reżysera. Dawny pomysł francuskiej krytyki, aby w kinie tak jak w literaturze szukać autora, stanowi podstawę polityki canneńskiej.
Ten festiwal hoduje sobie autorów, wspiera ich, pozwala obserwować ich rozwój. To dzięki Cannes świat poznał braci Dardenne, Nanniego Morettiego, Michaela Hanekego, którego nowy film "Miłość" ma już zagwarantowane miejsce w przyszłorocznym konkursie. To Cannes stworzyło sławę Larsa von Triera, którego w tym roku musiało wyrzucić za złe zachowanie - idiotyczne wypowiedzi o Hitlerze na konferencji prasowej. Niezależnie od tego "Melancholia" pozostaje filmem świetnym - moim głównym faworytem obok filmu Dardenne'ów. Po jego obejrzeniu z niepokojem patrzę na pogodne canneńskie niebo, czy nie widać zbliżającej się ku Ziemi planetoidy zwiastującej koniec świata. Paradoksalnie po takim filmie łatwiej uwierzyć w nadrzędny sens niż po "Drzewie życia". Jednak kara, jaką festiwal wyznaczył reżyserowi, była uzasadniona. Kiedy w 1927 roku na premierze "Psa andaluzyjskiego" młodziutki Luis Bunuel mówił, że jego film jest "wezwaniem do mordu", tej surrealistycznej prowokacji słuchało zaledwie kilkadziesiąt osób. Prawdziwe mordowanie dopiero miało ogarnąć świat. Dziś mamy poczucie, że żyjemy na wulkanie. Każde wypowiedziane głupstwo dzięki internetowi jest odbierane przez miliony.
Film w ciastku
Wspaniałym świadectwem tego, jak bardzo jesteśmy połączeni, był zapis filmowy irańskiego reżysera Jafara Panahiego skazanego za swoją wolnościową postawę na sześć lat więzienia i 20 lat milczenia. Panahi w areszcie domowym czeka na rewizję wyroku, ale dzięki dyrektorowi paryskiej filmoteki Serge'owi Toubianie był obecny na festiwalu poprzez film przemycony na pendrivie ukrytym w ciastku. Z jego teherańskiego mieszkania widać panoramę miasta. Panahi rozmawia przez telefon z przyjaciółmi, prawnikami, czeka na powrót rodziny, ogląda w telewizorze zdjęcia japońskiego tsunami, podczas gdy zza okna słychać wybuchy - to doroczne święto fajerwerków, które przeradza się w manifestację. Przez godzinę jesteśmy z nim razem, czujemy jego spętanie, a zarazem odbywamy podróż w przestrzeni jak na perskim dywanie. Ten dokument zatytułowany "To nie jest film" był jak motto tegorocznego Cannes: mówi zarówno o bezsile artysty, jak i o poczuciu odpowiedzialności za świat.
Filmami pokazywanymi tu każdego dnia można by obdzielić kilka innych festiwali. Pytanie, dokąd zmierza kino, nigdzie nie wydaje się tak bezsensowne jak w Cannes, gdzie obok siebie prezentowane są nostalgiczny, niemy, czarno-biały "The Artist" Michela Hazanaviciusa z pomysłem jak z "Deszczowej piosenki" (nagroda aktorska dla Jeana Dujardina) i "Harakiri: śmierć samuraja" Takashiego Miike, remake klasycznego filmu Kobayashiego w 3D.
Kino przepisuje siebie, zmuszone do nieustannego wzmacniania tonu, jak w amerykańskim "Drive" Duńczyka Nicolasa Windinga Refna (nagroda za reżyserię), gdzie kaskader pracujący przy hollywoodzkich filmach akcji po godzinach jest kierowcą gangsterów i przeżywa tarantinowską "jazdę", przy której blednie sam Tarantino.
Znamienny jest zwrot do przeszłości w "Artyście" czy w pięknym francuskim "Hawrze" Akiego Kaurismakiego: patrzymy na przeszłość w poszukiwaniu nadziei, którą dawało niegdyś kino, przeznaczone dla wszystkich, nieznające przepaści między zwykłą widownią kinową a uczestnikami festiwali.
Kino w świecie odczarowanym
"Habemus papam" Nanniego Morettiego, pominięty w werdykcie, okazał się nie "papabile". Jest to jednak film pasjonujący, bogaty intelektualnie, choć nierówny - fantazja o papieżu, który nie czuje się na siłach wziąć odpowiedzialności, bo wie, jak wiele rzeczy należałoby zmienić. U Morettiego rytuały kryją pustkę. Ludzie nie mają odwagi postąpić kroku do przodu, potrzebują lidera, którego nie ma. Nie wiedzą, dokąd iść. Moretti, żonglując dokumentalnymi obrazami wiernych z placu św. Piotra, filmuje świat bez papieża ojca, w trakcie wielkiej pauzy. Doprowadza w swoim filmie do spotkania Kościoła i teatru, religii i psychoanalizy, wiary i ateizmu. Jednak żadna ze stron nie ma kluczy do przyszłości.
Brytyjka Lynn Ramsay w filmie "Musimy porozmawiać o Kevinie" narusza mit rodziny i naturalności macierzyństwa. W serii gwałtownych retrospekcji matka chłopaka mordercy (Tilda Swinton) analizuje całe ich wspólne życie, od niemowlęctwa do dorosłości. Czy popełniała błędy? Starała się, choć była bezradna, nie miała macierzyńskiego instynktu. Od początku matka i dziecko byli sobie obcy i w jakimś sensie oboje na siebie skazani, walczący o przeżycie. Ale nikt nie zostaje tu oskarżony.
"Apollonida" Bertranda Bonello - chłodne, niepornograficzne studium luksusowego findesieclowego burdelu. Film niepokojący, bez tezy ani morału, o pułapce ciała, o wiecznym niespełnieniu i rozdźwięku między męskim a kobiecym punktem widzenia. Obraz buduarowego przybytku przepełnionego "zapachem szampana i spermy", do którego przychodzą latami ci sami bywalcy, a panienki tworzą solidarną rodzinę, wydaje się początkowo wręcz apologią tej "rodziny", by za chwilę ukazać jej porażające kulisy. Ta ciemna strona dotyczy jednak nie tylko domów publicznych, ale samej istoty pożądania.
Wszystkożerne Cannes
Cannes jest wszystkożerne, nie gardzi popularnymi gatunkami - na zamknięcie festiwalu pokazano komedię romantyczną będącą zarazem musicalem - "Ukochanych" ("Les Bien-aimes") Christophe'a Honore'a w intrygującej obsadzie: Catherine Deneuve i jej prawdziwa córka Chiara Mastroianni w roli córki. Filmowym ojcem, z którym Deneuve rozstała się przed laty, jest... Milosz Forman (on jeden w tym filmie nie śpiewa). Na odwieczny, melodramatyczny wątek zakochanej prostytutki, zdrad, rozstań i spotkań po latach, piosenek o tym, że "nie można żyć bez miłości", nałożono filtr potoczności. Jest w tym filmie klimat mijających czasów - 40 ostatnich lat - z ich zmieniającą się modą i muzyką, z historycznymi katastrofami, od Praskiej Wiosny w 1968 r. po 11 września w Nowym Jorku. Ale to wszystko staje się nieważne wobec perypetii zwyczajnych ludzi, którym nie udała się miłość - dziewczyny ze sklepu z butami, która została prostytutką, znalazła miłość prawdziwą i straciła ją. Miała córkę, która tragicznie powtórzyła jej los. W filmie nosi ona nazwisko przyjaciela Formana, reżysera Ivana Passera. Trywialne, prywatne tragedie na tle tych wielkich, które przechodzą do podręczników historii. Coś z dawnego czeskiego kina przeniknęło do tej gorzkiej "komedii romantycznej" bez happy endu i splotło się nostalgicznie z dawnymi filmami Truffauta. Żeby tak związać ze sobą w kinie czasy, pokolenia, gatunki - trzeba canneńskiego gustu.
Filmy dobre, ceremonia wręcz przeciwnie
Finałowa canneńska ceremonia, prowadzona przez aktorkę Mélanie Laurent ("Bękarty wojny"), odstawała niestety poziomem od konkursowych filmów. Szef jury Robert De Niro próbował udawać, że mówi po francusku, co skończyło się blamażem po kilku prostych zdaniach. Duńczyk Nicolas Winding Refn odczytał z telefonu komórkowego litanię nazwisk osób, którym dziękuje (nie mogło tam oczywiście zabraknąć jego żony), Jane Fonda, nim wręczyła Złotą Palmę, przypomniała, że przed laty, na jubileuszowym festiwalu, też dostała taką nagrodę, a Francuzka Maiwenn (zdobywczyni Prix Jury) zdradziła, że córka przepowiedziała jej, że jeśli dostanie nagrodę, to na pewno się rozpłacze. I tak też się stało.
Nagrody 64. Festiwalu Filmowego w Cannes
Złota Palma: "Drzewo życia" Amerykanina Terence'a Malicka Grand Prix Jury: ex-aequo belgijscy bracia Eric i Luc Dardenne ("Chłopiec na rowerze") i Turek Nuri Bilge Ceylan ("Pewnego razu w Anatolii") Nagroda za reżyserię: Duńczyk Nicolas Winding Refn ("Drive") Nagroda za scenariusz: izraelski "Footnote" Josepha Cedara Nagroda dla najlepszej aktorki: Kirsten Dunst ("Melancholia" Larsa von Triera) Nagroda dla najlepszego aktora: Jean Dujardin ("The Artist" Michela Hazanaviciusa) Prix Jury: "Polisse" Francuzki Maiwenn Złota Kamera za pierwszy film: "Las acacias" Argentyńczyka Pabla Giorgellego Złota Palma dla krótkiego metrażu: "Cross Country" Ukrainki Maryny Vrody