http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gra Alfred Schreyer z Drohobycza

Rozmawiała Zofia Fabjanowska-Micyk
2011-05-20, ostatnia aktualizacja 2011-05-21 11:11

Alfred Schreyer
Alfred Schreyer
Fot. Tomasz Wiech / AG

- "Co jest ważniejsze: zdrowie czy szczęście?" - zapytał sympatyczny młody Niemiec. Króciutko się zastanowiłem: "No chyba zdrowie". A on: "A zna pan historię Titanica? Tam wszyscy byli zdrowi" Uśmiałem się - opowiada Alfred Schreyer, muzyk, uczeń Brunona Schulza. W poniedziałek zagra w Warszawie.

ZOBACZ TAKŻE
Zofia Fabjanowska-Micyk: Mówią o panu "ostatni Żyd Drohobycza".

Alfred Schreyer: W Drohobyczu trochę Żydów jest, ale z tych urodzonych tu, na miejscu, przed wojną zostałem sam.

Kiedy zaczął pan być tym ostatnim?

- Już w latach 40. byłem jednym z niewielu. Niemcy pierwszą generalną próbę przed globalnym ludobójstwem zrobili sobie niedaleko stąd, w Lesie Bronickim. Pamiętam, jak w listopadzie 1941 r. było ogłoszenie, że wszyscy ułomni Żydzi mają się zgłosić do synagogi. Chodziło niby o to, żeby przydzielić im odpowiednią pracę. Zgłosiło się 320 naiwnych, wśród nich mój sąsiad Janek Polak, który utykał na nogę. Załadowano ich na auta ciężarowe i kiedy te auta wróciły z samą odzieżą, wiadomo było, co się stało. Potem była akcja wiosenna, a po niej największa w sierpniu 1942 r. Pięć tysięcy Żydów wywieziono wtedy do komór gazowych w Bełżcu. Wie pani, nazywają to obozem, ale w rzeczywistości tam obozu jako takiego nie było. Tylko strażnicy i komory. Pilnowali tzw. czarnusze, ukraińska policja pomocnicza w czarnych strojach. Na początku mieli Cyklon B, a potem przyciągnęli radziecki czołg, podłączyli rurę wydechową i truli spalinami. Tam zginął mój ojciec, moja babcia Arztowa i jej córka Helena. Rok później nie miałem już żadnej rodziny. Przeżyłem tylko ja.

Uchodził pan z życiem kilka razy. Miał pan sporo szczęścia.

- Dwa lata temu byłem w Niemczech, jechałem na uroczystość w Buchenwaldzie i przy okazji zrobiłem sobie wycieczkę po miejscach, gdzie trafiłem po wyzwoleniu. We Freibergu przyjął mnie sam burmistrz. Herbata, ciasteczka, rozmawiamy. I ten burmistrz, bardzo sympatyczny młody człowiek, już żegnając się ze mną, zadaje pytanie: „A co według pana jest ważniejsze: zdrowie czy szczęście?”. Króciutko się zastanowiłem: „No chyba zdrowie”. A on na to: „A zna pan historię » Titanica «?”. „Znam”. „No właśnie. Przecież tam wszyscy byli zdrowi”

Uśmiał się pan?

- Jeszcze jak! Ale tak już poważniej: pani mówi o szczęściu, ja mówię o woli boskiej.

Jest pan wierzący?

- Daleko bardziej, niż byli moi rodzice. Dorastałem w domu, w którym pościło się w Jom Kipur, uczęszczaliśmy do synagogi na większe święta. Ale żeby tak w każdą sobotę chodzić, co to, to nie. Byliśmy Żydami mocno postępowymi jak na tamte czasy. Na przykład mój wuj rabin Bernard Schreyer zażyczył sobie, kiedy miałem bar micwę, żebym jedną z modlitw przeczytał po polsku. Była sensacja na cały Drohobycz! Czegoś podobnego nikt wcześniej u nas nie słyszał.

Jak wtedy wyglądał Drohobycz, ile miał z klimatu "Sklepów cynamonowych" Schulza?

- W przedwojennym Drohobyczu na 42, może 43 tys. mieszkańców były mniej więcej te same proporcje Żydów, Ukraińców i Polaków. W państwowym gimnazjum podczas lekcji religii Polacy siedzieli w swojej klasie, Ukraińcy mieli swój specjalny gabinet, a Żydzi swój. I nikogo to nie dziwiło. Ludzie żyli w zgodzie. Naturalnie, zdarzały się jakieś głupie napisy, np. "Nie kupuj u Żyda", ale wszyscy i tak kupowali, bo było taniej. Skoro pani pyta o "Sklepy cynamonowe", to pewnie chce pani usłyszeć, że wśród moich profesorów był Bruno Schulz. Uczył mnie w gimnazjum im. Władysława Jagiełły. Tylko że wtedy ani ja, ani inni uczniowie nie wiedzieliśmy, że Schulz jest znanym pisarzem, że w ogóle napisał jakieś książki. Nie mówiąc już o ich czytaniu.

Jak to możliwe?

- "Sklepy " wyszły co prawda w 1934 r., ale wtedy czytała je garstka intelektualistów z Warszawy. Poza tym Schulz był człowiekiem niezwykle skromnym. Można nawet powiedzieć: chorobliwie. Zawsze w tym swoim szarym garniturze, z jasną chusteczką. Szkolnym korytarzem chodził tuż przy ścianie. Mały, szczuplutki, wątły. Człowiek z gatunku tych, co się ich nie widzi i nie słyszy. Nikt z nas nie wiedział, że został wyróżniony nagrodą Polskiej Akademii Literatury. Dla nas był nauczycielem.

Czego was uczył?

- Rysunku i prac ręcznych, głównie stolarki. Co do rysunku to było jasne, był świetnym artystą. Ale skąd u niego ta stolarka? To jedna z tych zagadek dotyczących Schulza.

Naprawdę w szkole niczym się nie wyróżniał?

- Przeciwnie, był wyjątkowy. Myślę, że nie było ucznia, który by go nie zapamiętał. Zwykle na zajęciach w pracowni stolarskiej było strasznie głośno. Stukanie młotków, przekrzykiwanie się. Prosił: "Chłopcy, troszkę ciszej, bo już mnie głowa od was boli". Głos mu się załamywał. Wiedzieliśmy, co wtedy trzeba zrobić. "Panie profesorze, to może pan profesor nam opowie jakąś bajkę?". Robił to chętnie, ale nie mógł tak od razu. Więc się droczył: "Nie, to już wam niepotrzebne, jesteście za duzi". "Ale my bardzo prosimy." "Więc dobrze, pozamiatajcie wióry". Siadał na warsztacie, półbokiem, nie patrząc na nas, tylko na ścianę. I zaczynał opowiadać. Za każdym razem co innego. Jeden z moich kolegów z Izraela pamięta bajkę o trzech ołówkach. Cicho było jak makiem zasiał, słychać dzwonek na przerwę, a nikt się nie ruszał z miejsca, dopóki Schulz nie skończył. Gdyby te bajki zebrać, to byłaby piękna część jego działalności literackiej. Nikt ich nie spisał i nikt ich już nie pamięta.

Za to był pan świadkiem odnalezienia malowideł Schulza. Tych, które potem wywieziono do Yad Vashem.

- Cała historia jest jak z dobrego kryminału. W lutym 2001 r. do Drohobycza przyjechał niemiecki dokumentalista Benjamin Geissler, aby znaleźć zaginione malowidła Schulza i zrobić o tym film.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':