http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak nie pobiłem premiera

Wojciech Orliński
2011-05-20, ostatnia aktualizacja 2011-05-19 16:37

czyli dlaczego kultura zawsze się opłaca

Wojciech Orliński
Fot. Marcin Klaban / Agencja Gazeta
Wojciech Orliński
Premiera nie trzeba było jakoś bardzo mocno przekonywać do podpisania "Paktu dla kultury" i podjęcia ogólnego zobowiązania, by nakłady na kulturę nie spadały poniżej 1 proc. budżetu. Jako sympatyk ruchu Obywatele Kultury szykowałem sobie potężny argument mogący przełamać rządowy opór - skoro nie był potrzebny na debatę z premierem, użyję go do felietonu.

Mój argument to argument zimno pragmatyczny. Jesteśmy ubogim krajem z budżetowymi problemami. Na nieinteresowanie się kurą znoszącą złote jaja, jaką jest kultura, może sobie pozwolić sułtan Brunei, ale nie polski rząd.

Skoro kultura jest źródłem bogactwa, po co jej wydatki z budżetu? - może ktoś spytać. Proponuję przeanalizować to na konkretnym przykładzie.

W 1996 r. Scottish Arts Council przyznało pewnej młodej nauczycielce grant na 8 tys. funtów. Jej dorobek był gorzej niż skromny - napisała tylko jedną powieść, dla której właśnie szukała wydawcy. Aspirujący pisarze w takiej sytuacji zwykle się poddają. Nie mają czasu na bieganie po wydawcach i agentach, nie mają pieniędzy na odbijanie swego dzieła na ksero i rozsyłania go po całym kraju. Zwłaszcza jeśli ktoś - jak owa nauczycielka - jest samotną matką czteroletniej dziewczynki.

Scottish Arts Council daje początkującym twórcom stypendia pomagające im w podjęciu decyzji o niepoddawaniu się i dokończeniu dzieła. Warunkiem jest to, że jeśli odniosą sukces, nie mogą wyjechać do Londynu czy innych miast oferujących dobre stawki znanym artystom. Muszą zostać w Szkocji i tutaj płacić podatki oraz podnosić lokalny kapitał kulturowy. O większości dzieł kultury, które powstały dzięki tym stypendiom, pewnie nigdy nie usłyszymy. Ale 8 tys. funtów, dzięki którym Joanne Rowling mogła dokończyć "Harry'ego Pottera", było zapewne jedną z najbardziej udanych inwestycji w historii Szkocji.

Nie wszyscy sobie cenią powieści o młodym czarodzieju - ja akurat je lubię. Ale wszyscy zgodzimy się co do jednego: dla Szkocji to opłacalne, że ktoś taki tam mieszka i płaci podatek dochodowy. Rowling pewnie zresztą byłoby stać, żeby oddać to stypendium z odsetkami, ale urok inwestowania w kulturę leży między innymi w tym, że inwestujemy w ludzi kulturalnych, a nie w wąsatych "byznesmenów", więc nie będą się gdzieś przeprowadzać tylko dla niższych podatków.

Chytrze ktoś mógłby spytać: czemu w takim razie dotować operę czy filharmonię, skoro zwróci się tylko inwestycja w popkulturę? Otóż nigdy nie wiadomo, co i dlaczego będzie pop. J.R.R. Tolkien, pisząc "Władcę pierścieni", był przekonany, że uczestniczy w ambitnym literackim eksperymencie, jakim byłoby wzbogacenie języka angielskiego o brakujący w nim epos - odpowiednik nordyckiej "Kalewali". Także wydawca Rayner Unwin był przekonany, że poniesie na tej książce stratę. W słynnej depeszy spytał swojego ojca, weterana rynku wydawniczego Stanleya Unwina, czy może stracić tysiąc funtów na czymś, co uważa za dobrą literaturę. Ojciec odpisał mu, że wydawca może świadomie tracić pieniądze tylko wtedy, jeśli uważa, że ma do czynienia z dziełem geniusza.

Rayner Unwin musiał się przez chwilę zastanawiać, czy uważa J.R.R. Tolkiena za geniusza i podjął właściwą decyzję. Nie stracił tysiąca funtów. Do roku 2043, gdy wygasną prawa majątkowe do prozy J.R.R. Tolkiena, "Władca pierścieni" jeszcze ładne paręset razy zdąży zwrócić inwestycję.

A co by było, gdyby te książki nie spodobały się czytelnikom? Też przecież nie byłyby to pieniądze wyrzucone w błoto. Literacki eksperyment Tolkiena być może zainspirowałby kogoś innego do podobnej próby - już tym razem bardziej przystępnej. Gdyby Rowling nie została multimilionerką, byłaby dalej nauczycielką, której doświadczenie w napisaniu jednej powieści pozwalałoby lepiej uczyć rozumienia literatury - a więc może multimilionerką zostałaby jakaś jej uczennica?

Inwestycje w kulturę nigdy nie są nietrafione. W najgorszym wypadku zwracają się "tylko" w kapitale społecznym i kulturowym. W najlepszym - poza budowaniem wartości niematerialnych przynoszą też wagony z gotówką.

Kultura to system naczyń połączonych. Ktoś zrobił film, bo przeczytał powieść. Ktoś napisał esej, bo poszedł do teatru. Ba, zdarza się nawet, że ktoś napisze sztukę teatralną, bo przeczyta gazetowy reportaż.

Związek między tymi kasowymi przykładami dzieł kultury, jak bestsellerowa powieść albo serial telewizyjny podbijający świat, a tymi pozornie deficytowymi może nie być oczywisty dla ministra finansów, ale jako osoba interesująca się zawodowo od lat kulisami powstawania kasowych dzieł kultury, mógłbym w razie potrzeby wymienić przykład za przykładem.

Na szczęście premier ustąpił bez bicia, więc zamiast długiej listy mogłem napisać krótki felieton.

Źródło: Duży Format
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':