Rok temu akcja ratunkowa dla bankrutującej Grecji dostarczyła okazji do debat nad zaletami i wadami systemu euro. Niezależnie od surowej retoryki, zwłaszcza ze strony Niemiec, które tnąc własne programy społeczne, bez sympatii patrzyły na greckie dolce vita, pakiet pomocy, choć kosztowny, jawił się jako bardziej strawny niż alternatywa. Nietrudno było przewidzieć, że to była pierwsza odsłona dramatu. Pojawiły się wówczas nieśmiałe głosy o zagrożeniu efektem domina i możliwości rozpadu strefy euro. Prognozy, że
Grecja nie jest jedynym krajem w tarapatach, rychło się ziściły.
Rzucenie tonącemu koła ratunkowego nie oznacza, że nieszczęśnik dopłynie do brzegu. Na początku maja z nową mocą wróciły do publicznej debaty spory wokół pakietów ratunkowych dla Grecji, a także Portugalii.
Grecy uczą konia mówić Skazanemu przez króla na śmierć pozostaje jedna deska ratunku: ujdzie z życiem, jeśli nauczy królewskiego konia mówić. Skazaniec zgadza się. Zapytany, dlaczego się zgodził, odpowiada, że wszystko jest możliwe: w czasie tego roku król może umrzeć, ja mogę umrzeć, a koń może się nauczyć mówić. Takie zdaniem Martina Wolfa, głównego komentatora ekonomicznego brytyjskiego "Financial Times", jest podejście strefy euro do fiskalnego kryzysu, jaki dosięgnął Grecję, Irlandię i Portugalię i zagraża innym krajom. W jego opinii Grecja sobie nie poradzi i odkładanie w czasie restrukturyzacji jej długu tylko zwiększy ostateczny koszt tej operacji. Przypomnijmy, że zabieg taki polega na umowie z wierzycielami na spisanie części długu na straty i zwykle rozłożenie spłaty reszty zobowiązań na dłuższy okres.
Trzyletni pakiet dla Portugalii wartości 78 mld euro wymaga jednomyślnego wsparcia rządów krajów strefy euro. Podczas gdy największe kraje strefy euro, Niemcy i Francja, zachowują wstrzemięźliwość w komentowaniu sytuacji, nie kryją swych opinii mniejsze kraje.
Słowacja była jedyna w strefie euro, która w zeszłym roku odmówiła uczestnictwa w pomocy finansowej dla Grecji. Dziś słowacka premier z jednej strony deklaruje wsparcie dla nowego mechanizmu stabilizacji, ale z drugiej strony nie kryje, że w przypadku Grecji nie widzi alternatywy dla refinansowania długu.
Finlandia jest jedynym krajem, w którym na zatwierdzenie pakietu dla Portugalii potrzeba zgody parlamentu, a tam sytuacja mocno się skomplikowała, gdy w zeszłym miesiącu niespodziewany sukces w wyborach odniosła eurosceptyczna partia Prawdziwych Finów i zapowiedziała, że będzie akcje ratunkowe wetować. Europejski komisarz do spraw gospodarczych i monetarnych Fin Olli Rehn próbował motywować swych rodaków do solidarności, ostrzegając, że odmowa wsparcia Portugalii może mieć podobny skutek do upadku Lehmana Brothersa we wrześniu 2008 r. - czyli wyzwolić strumień niekontrolowanych zdarzeń o katastrofalnych skutkach. W końcu parlament fiński zaakceptował projekt pomocy w poniedziałek (16 maja) wieczorem.
"Portugalia odsuwa w czasie nieuchronny ból" Pod takim tytułem Daniel Gross, dyrektor brukselskiego think-tanku Centre for European Policy Studies, ocenia w "Financial Times" (5 maja) pakiet pomocy dla Portugalii. Przypomina, że problemy Lizbony nie biorą się z zadłużenia sektora publicznego - jest ono na podobnym poziomie co francuskie w stosunku do
PKB - lecz z ogromnego długu sektora prywatnego, zwłaszcza banków. Ten ma swe korzenie w zakupach na kredyt importowanych dóbr konsumpcyjnych, więc wyjściem z sytuacji, pisze autor, jest ograniczenie przez Portugalczyków konsumpcji importowanych towarów o blisko 20 proc.
Poprawa w bilansie handlowym jest teoretycznie możliwa, ale na cud trudno liczyć, bo wzrost eksportu na rynek największego partnera, jakim jest Hiszpania, jest trudny, gdyż Hiszpanie mają własne problemy i muszą zaciskać pasa, a wsparcie eksportu drogą "wewnętrznej dewaluacji", czyli cięcia płac nominalnych, może przynieść efekty dopiero w dłuższej perspektywie. Za przykład do naśladowania stawia zatem Portugalii Łotwę, która w obliczu światowego kryzysu finansowego, kiedy nagle wysechł strumień kredytów z zewnątrz, obcięła konsumpcję, zmniejszyła koszty pracy o 17 proc. w ciągu dwóch lat, i tym sposobem poprawiła konkurencyjność swojego eksportu.
Ponieważ jednak w odróżnieniu od Łotwy banki portugalskie mogą tanio refinansować się w Europejskim Banku Centralnym, więc Portugalczykom dostępu do kredytu nie zabraknie. W tej sytuacji Gross jako lekarstwo zaleca obniżkę konsumpcji drogą wprowadzenia specjalnego podatku konsumpcyjnego i czasowej podwyżki VAT. Te wyrzeczenia dzisiaj, powiada, są lepsze niż dotkliwy ból w przyszłości, nie do uniknięcia, gdyby konsumpcji dzisiaj nie ograniczyć.
Krugman: euro to kaftan bezpieczeństwa Kilka dni później (9 maja) w tymże "Financial Times" surową krytykę tej recepty przedstawił Desmond Lachman z American Enterprise Institute, człowiek o dużym doświadczeniu w sektorze bankowym, były wysoki funkcjonariusz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jego zdaniem, aby przywrócić swej gospodarce zdolność konkurencyjną, Portugalia powinna wyjść ze strefy euro.
Przypomniał, że ceną, jaką zapłaciła Łotwa za swą kurację, był spadek PKB o 20 proc., i wzrost bezrobocia do 25 proc. Lachman uważa, że Portugalia musi ocenić, czy sięgnięcie do rozwiązań łotewskich nie oznacza nadmiernie wysokich kosztów społecznych i czy wyjście ze strefy euro nie jest tańszym sposobem sanacji. W argumencie tym powraca teza noblisty Paula Krugmana, który porównywał konstrukcję strefy euro do sztywnego gorsetu - Krugman użył terminu "kaftan bezpieczeństwa" - które nałożyły na siebie rządy strefy euro, tracąc możliwość elastycznego reagowania na wydarzenia. A gdy nadchodzi kryzys, rządy muszą być w stanie reagować, o czym zdaniem Krugmana architekci euro zapomnieli.
Minął zaledwie jeden dzień, a podobną do Lachmana radę - rozwodu z euro - tym razem dla Grecji, można znaleźć w "New York Timesie" z 10 maja 2011 r.
W artykule pod tytułem "Dlaczego Grecja powinna odrzucić euro" Mark Weisbrot, dyrektor amerykańskiego Center for Economic and Policy Research (lewa strona sceny politycznej, podczas gdy AIE to strona prawa), twierdzi, że Ateny powinny wyjść ze strefy euro, i dziwi się, że dotąd tego nie uczyniły. Może to kosztować kraj w krótkiej perspektywie, powiada, ale "mało prawdopodobne, aby te koszty były wyższe niż wiele lat recesji, stagnacji i wysokiego bezrobocia, które oferują władze europejskie".
Autor sięga po przykład Argentyny, która przez trzy i pół roku przeżywała jedną z najcięższych recesji XX wieku. "Argentyńskie peso było przywiązane do dolara, co jest podobne do Grecji mającej euro za swą walutę narodową".
Argentyna zaciągnęła pożyczki w MFW, obcięła wydatki, w górę skoczyło
bezrobocie, ale wszystko to na niewiele się zdało, a recesja się pogłębiła. Niemal 60 proc. ludności znalazło się poniżej oficjalnej granicy ubóstwa. Wtedy, w 2001 r., Argentyna zawiesiła obsługę swego zadłużenia zagranicznego i na początku 2002 r. odcięła pępowinę łączącą ją z dolarem. Większość ekonomistów spodziewała się katastrofy. Ale gospodarka skurczyła się przez jeden kwartał po dewaluacji, a potem nadeszło sześć lat wzrostu, którego średnie tempo wyniosło 8,5 proc.
W ciągu trzech lat Argentyna osiągnęła poziom PKB sprzed recesji, mimo że straciła dwa razy więcej niż Grecja w trakcie obecnej recesji. Artykuł w "New York Timesie" przypomina, że według prognoz MFW, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to Grecja osiągnie przedkryzysowy poziom PKB w ciągu ośmiu lat. A jak wiadomo, rzadko wszystko idzie zgodnie z planem. Podstawowa przyczyna szybkiego wzrostu w Argentynie w opinii M. Weisbrota to wyzwolenie się z kaftana polityki monetarnej i fiskalnej, która hamowała rozwój. Podobnie jego zdaniem potoczyłyby się wydarzenia w Grecji w przypadku wyjścia ze strefy euro.
Tu czytelnikowi należy się komentarz: po pierwsze, nie ma takiej gwarancji, choćby dlatego, że nie wiadomo, jak zachowałby się grecki rząd uwolniony z wymogów dyscypliny przewidzianej pakietem. A poza tym autor artykułu nie wspomniał, że do szybkiego wzrostu gospodarki Argentyny przyczyniły się także sprzyjające warunki zewnętrzne - również tego nie można zagwarantować.
W raportach prasowych mówi się wiele o tym - czytamy dalej - że w przypadku wyjścia ze strefy euro i dewaluacji własnej waluty Grecja stanie w obliczu mocno napęczniałego długu. Ale, powiada Weisbrot, Grecja i tak by tego długu w całości nie spłacała, tak jak nie spłacała go w całości Argentyna. I tu dotyka sedna sprawy. Jak wiadomo, pakiet ratunkowy dla Grecji, ale nie tylko dla niej, jest faktycznie pośrednim sposobem ratunku banków krajów wierzycielskich, głównie francuskich i niemieckich. Francuzi rozumieli to od początku, Niemcom uświadomienie sobie tego nieprzyjemnego faktu zabrało więcej czasu.
Good bye euro? Autor artykułu krytykuje Portugalię za przyjęcie warunków pakietu i powiada, że próby uzdrowienia gospodarki drogą tzw. wewnętrznej dewaluacji, która zwykle oznacza wzrost bezrobocia jako metodę zduszenia poziomu płac, by poprawić konkurencyjność wobec zagranicy, rzadko przynosi pożądane rezultaty. Bezrobocie już się podwoiło w Grecji (do 14,7 proc.), Hiszpanii (do 20,7 proc.) i potroiło w Irlandii (14,7 proc.). A poprawy wciąż nie widać. Konkluduje, że Grecji nie stać na jakiekolwiek rozwiązanie, które zahamuje jej możliwości wychodzenia z recesji. "Jeśli to wszystko, co władze europejskie mają do zaoferowania Grecji - pisze - to czas, aby Grecja i może inni, powiedzieli euro good bye. Tyle "New York Times".
Sytuacja Grecji jest poważniejsza niż Portugalii, choćby dlatego, że w rok po pierwszej reanimacji jej wiarygodność bynajmniej się nie umocniła. Grecki minister finansów powtarza w nieskończoność, że restrukturyzacja długu, co jest eleganckim synonimem bankructwa, jest absolutnie nie do pomyślenia.
W podobnie optymistycznym, choć odrobinę mniej kategorycznym tonie, na temat perspektyw Aten wypowiadają się politycy w Berlinie, Paryżu i Brukseli, ale nie zmienia to tego, że Grecja słania się na ostatnich nogach pod ciężarem długu. Jej PKB skurczył się w zeszłym roku o 6,6 proc. Oprocentowanie trzyletnich obligacji wynosi dziś 23 proc., co byłoby wspaniałym interesem, gdyby można te procenty zainkasować. Ale nie da rady. Berlin i Paryż modlą się, aby Grecy przetrwali do 2013 roku, bo od tego roku obowiązywać mają nowe zasady restrukturyzacji długu - warunki, na które przystanie 75 proc. wierzycieli, będą się stosować do wszystkich wierzycieli - i na tym polegać będzie solidarność. Wątpliwe, aby Grecja zdzierżyła do tego czasu, mimo że wzięła się na serio do zaciskania pasa. Średnią emeryturę obcięto o przeszło 20 proc., a wiek emerytalny podniesiono do 65 lat. Można już tylko powspominać dobre czasy, gdy w sektorze państwowym szło się przed 60. rokiem życia na emeryturę równą 90 proc. płacy. Lecz reformy posuwają się wolno i napotykają rozmaite przeszkody. Rząd grecki przestał mówić jednym głosem. Okazuje się nagle, że ministrowie pracy i energetyki są przeciwni prywatyzacji, a ta stanowiła arcyważny element programu sanacji fiskalnej - miała przynieść budżetowi 50 mld euro. Topnieje przewaga rządu nad opozycją. Przedterminowe wybory oznaczałyby możliwość powrotu do władzy partii, które są przeciwne programowi uzgodnionemu z Unią i MFW. Czekają nas zatem kolejne odsłony dramatu.
Europa gra na zwłokę Skazanemu przez króla na śmierć pozostaje jedna deska ratunku: ujdzie z życiem, jeśli nauczy królewskiego konia mówić. Skazaniec zgadza się. Zapytany, dlaczego się zgodził, odpowiada, że wszystko jest możliwe: w czasie tego roku król może umrzeć, ja mogę umrzeć, a koń może się nauczyć mówić. Takie zdaniem Martina Wolfa, głównego komentatora ekonomicznego brytyjskiego "Financial Times", jest podejście strefy euro do fiskalnego kryzysu, jaki dosięgnął Grecję, Irlandię i Portugalię i zagraża innym krajom.