http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mariella Mehr. Raz, dwa, trzy, dzisiaj umrzesz ty

Angelika Kuźniak
2011-05-15, ostatnia aktualizacja 2011-05-15 15:05

Rodzina Jeniszów, Szwajcaria 1928 r.
Rodzina Jeniszów, Szwajcaria 1928 r.
fot. Wikipedia

Do lat 70. XX wieku szwajcarski rząd prowadził politykę wynaradawiania szwajcarskich Romów - Jeniszów. Fundacja Pro Juventute zwalczała ich "włóczęgostwo", określane jako choroba dziedziczna, przenoszona głównie przez kobiety. Odbierano Jeniszom dzieci i umieszczano je w szpitalach psychiatrycznych, sierocińcach i rodzinach zastępczych. - Puścili prąd. Uderzenie, drgawki. Czy pani wie, jak to boli kiedy ciało jest rozrywane na tysiące kawałków? Miałam zaledwie pięć lat... - wstrząsająca opowieść pisarki Marielli Mehr

Mariella Mehr
Fot. Wydawnictwo Czarne
Mariella Mehr
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Film "Po tamtej stronie ulicy" opowiada o historii prześladowań Jeniszów w Szwajcarii, przeplatany jest scenami ze spektaklu wg sztuki Marielli Mehr "Kinder der Landstrasse". Rozmowa z autorką:

Zacznijmy.

- Urodziłam się 27 grudnia 1947 roku na chodniku przed szpitalem. Byłam pijana, bo pijana była moja matka. Zanim przybiegł lekarz, owinęła pępowinę wokół mojej szyi i próbowała mnie udusić. Nie krzyczałam. Nic. Tylko cisza.

Która trwała pięć lat.

- Tak. Przez ten czas nie odezwałam się do nikogo ani słowem. Lekarze ze szpitala psychiatrycznego w Lucernie stwierdzili, że jestem debilką i schizofreniczką. Któregoś dnia przyszedł jeden z nich i powiedział: "Teraz zaśniesz, a kiedy się obudzisz, będzie ci lepiej, będziesz mówić". Zaczął się rytuał, który towarzyszył mi przez kilka lat. Odbywał się z przerażającą precyzją. Zawsze w oddzielnym pokoju, cicho, żeby nie zostały ślady. Z końca sali przywieźli maszynę z mnóstwem pokręteł. Ktoś przycisnął mnie do łóżka tak, że nie mogłam się ruszyć. Potem związali mi ręce i nogi skórzanymi pasami. Wsadzili między zęby kawałek drewna owiniętego bandażem, do głowy przypięli elektrody. Błagałam: nie zabijajcie mnie! Myślałam, że mnie słyszą, że można mówić, milcząc. Puścili prąd. Uderzenie, drgawki. Czy pani wie, jak to boli, kiedy ciało jest rozrywane na tysiące kawałków?

Nie.

- Ja też nie wiedziałam. Myślę, że żadne słowo nie jest w stanie tego opisać. Bardzo się bałam. Miałam zaledwie pięć lat.

Zmieniło się coś po tym?

- Stałam się spokojniejsza i apatyczna. Nie umiałam bawić się z dziećmi. Siadałam w najciemniejszym kącie sali i godzinami gapiłam się przed siebie. Obgryzałam paznokcie do krwi, zdarzało się, że tłukłam głową o ścianę. Wtedy też brali mnie na elektrowstrząsy. Dziś już wiem, że do bólu można się przyzwyczaić. Kiedyś w podeszwie sandała zrobiła mi się dziura. Przy każdym kroku żwir wbijał się w stopę, po jakimś czasie zaczęło sprawiać mi to przyjemność.

Wiedziałam, że mogę mówić, ale nie chciałam. Zabraniałam sobie sama. Stawałam przed lustrem i przykładałam palec do ust. Dla lekarzy moje milczenie było porażką, więc wymyślili coś nowego. Wsadzali mnie do wanny z lodowatą wodą i trzymali tak długo, aż osiągała temperaturę ciała. Też nie pomogło. Dopiero później, w domu przybranych rodziców, znalazłam książeczkę z bajką o żelaznym księciu i to jemu, szeptem, od razu całymi zdaniami, zaczęłam opowiadać.

O czym?

- Że to ja, ta zła, brzydka, zepsuta, że nie mam prawa żyć. I że to moja wina, że nie mam teraz mamy, że mnie nie kocha.

"Miłość matki włóczęgi jest prymitywna, żeby nie powiedzieć zwierzęca".

- Tak napisało Pro Juventute w moich aktach. Miałam 11 lat, kiedy zapytałam lekarza, kim właściwie są moi rodzice. Usłyszałam: "Twój ojciec jest pijakiem i menelem, a matka biedną, zachlaną szmatą". Była Jeniszką, szwajcarską Cyganką, "plamą na naszej tak dumnej ze swego kulturowego porządku szwajcarskiej ojczyźnie", jak powiedział kiedyś o Cyganach prezes organizacji charytatywnej Kinder der Landstrasse (Dzieci Ulicy) Heinrich Häberlin. I jako taka musiała być wyeliminowana ze społeczeństwa. Pro Juventute było prywatną fundacją, a jednym z jej założycieli był Ulrich Wille, zwolennik Hitlera. W latach 20. ubiegłego wieku dostała od państwa pieniądze na utworzenie organizacji Kinder der Landstrasse, która w ciągu prawie 50 lat odebrała Jeniszom 619 dzieci. Trzeba jednak pamiętać, że nazwa "Jenisze" była dla pracowników fundacji bardzo pojemna. Do jednego worka wrzucili ludzi bez adresu, włóczęgów, nożowników, pijaków.

Szefem akcji został dr Alfred Siegfried, nauczyciel francuskiego, wyrzucony z gimnazjum za molestowanie uczniów, przyjaciel nazistowskiego badacza Cyganów Roberta Rittera.

- Głównym wnioskiem z badań Rittera było to, że Cyganie, a także mający w sobie choćby odrobinę krwi cygańskiej, to osoby patologiczne, kryminogenne i upośledzone umysłowo. Pamiętam, jak Siegfried postawił mnie przed pielęgniarkami i powiedział: "Tutaj widzą panie członka klanu koczowników, na przykładzie którego zobrazuję naukę dziedziczenia. Osobnik ten należy do trzeciego pokolenia psychicznie chorych, wytwarzanych przez tę grupę". Siegfried uznał, że jeśli chce się zniszczyć włóczęgostwo Cyganów, trzeba rozdzielić rodziny, zabrać dzieci i umieścić w szpitalach psychiatrycznych, rodzinach zastępczych albo sierocińcach, najczęściej prowadzonych przez zakonnice. Wierzył, że w ten sposób najpóźniej w drugim pokoleniu uda się wyeliminować ich koczowniczy tryb życia.

W 1926 roku, a wtedy wszystko się zaczęło, moja matka miała cztery lata. Zabrali ją. Była jedną z pierwszych ofiar akcji Kinder der Landstrasse. Mój los jest losem powtórzonym. Odebrano mnie matce zaraz po urodzeniu.

Nie widywałyście się?

- Przez pierwsze trzy lata w ogóle. Zgodnie z zaleceniami dr. Siegfrieda, który uważał, że to wtedy tworzy się najmocniejsza więź. Ale później, kiedy byłam już w domu dziecka w Lucernie prowadzonym przez kapucynów, okazało się nagle, że ona - matka, zupełnie obca mi kobieta - może zabierać mnie na jeden, dwa weekendy w miesiącu do siebie. Mieszkała z moim ojcem i ciotką na mansardzie. Od wejścia uderzał zapach pudru, tanich perfum i alkoholu. Orgie nie miały końca. Patrzyłam na ich nagie, oblane potem ciała. Zatykałam uszy, żeby nie słyszeć przekleństw i tego rytmicznego uderzania o siebie ud i brzuchów. Często wymiotowałam. Pamiętam coś jeszcze, ale to urywane obrazy. Matka z ciotką całują mnie na pożegnanie. Smród wódki zmieszanej ze szminką zostaje na mojej sukience. Do dziś przez to nie maluję ust. Słyszę, jak przekręcają klucz. Jestem sama. Nie wiem, kiedy pojawił się ogień, widzę płonące zasłony. Potwornie się bałam. Podobno sąsiadka z dołu wyniosła mnie na rękach. Na szczęście nic mi się nie stało, byłam trochę zaczadzona. Już wiem, że to matka zostawiła zapalonego papierosa. Dziś o niej myślę jak o obcej mi, schorowanej kobiecie. Słowo "matka" nie znaczy dla mnie nic.

Źródło: Duży Format
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    66 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':