Chyba tylko kobiety mają długi na głowie. Szukałem rozmówców wśród dwumilionowej rzeszy Polaków, którzy mają problem z długami. Nie znalazłem żadnego mężczyzny, tylko cztery kobiety:
* Martę z podwarszawskiego Piaseczna, która schowała kartę kredytową, żeby jej nie znaleźć;
* Beatę spod Koszalina, która zamiast pierwszej pensji po urlopie wychowawczym dostała informację, że ma na koncie minus 18 tys. zł;
* Dagmarę spod Lublina, która na ratę kredytu hipotecznego będzie musiała zarabiać w Londynie;
* Monikę z Wadowic, która podrzucała rodzicom córkę, żeby jej dali kolację.
I do tego Katarzynę, specjalistkę od restrukturyzacji długów, która jednego ze swoich klientów tak restrukturyzowała, aż się pobrali.
Przez telewizor Marta ma 27 lat, męża, dwójkę dzieci. Mieszkają pod Piasecznem. Mają do spłacenia 7,8 tys. na kartach kredytowych, 15 rat po 123 zł za zmywarkę i około 20 tys. zł długu u rodziców. Stracili kontrolę nad pieniędzmi w dniu, w którym kupili telewizor.
Marta: - Stary zepsuł nam się w 2008 roku. Myślałam, żeby kupić zwykły, żeby coś brzęczało. Ale mąż zaczął mnie przekonywać, że wejdzie technologia cyfrowa, trzeba kupić coś porządnego, jakieś HD. Najtańsze były po 700 zł, ale obok stały takie, które miały coś więcej, po 1,2 tys. zł, a dalej takie z full HD za 1,7 tys. Tak szliśmy tą alejką i doszliśmy do telewizora za 2 tys. na raty.
Kredyt dostaliśmy w 15 minut. Mąż tylko musiał podać informację, gdzie pracuje. Tyle że on już tam nie pracował.
Poznaliśmy się na Mazurach, na wyjeździe motocyklowym. Obydwoje jesteśmy motocyklistami, potrafiliśmy pojechać na weekend w Bieszczady. A potem praca od rana do nocy - w korporacjach, w marketingu, razem mieliśmy z 5 tys. zł.
Pod koniec 2005 roku nie przedłużyli mi zlecenia, że niby wszystko robię źle. Byłam w szóstym miesiącu, przeleżałam do porodu pod kołdrą. Córka urodziła się ze wzmożonym napięciem mięśni, cała poskręcana, potem doszły nerki, tarczyca. Rehabilitacja przez pięć miesięcy, basen, wyprawy do Centrum Zdrowia Dziecka.
Mamy dwa pokoje w domu rodziców, płaciliśmy połowę rachunków, ale pod koniec 2006 roku przestaliśmy dawać radę. Rodzice przejęli całość, a dług rośnie w zeszycie. Boję się zaglądać.
W 2007 roku założyłam w internecie działalność - sprzedaż części motocyklowych. A zimą, po sezonie, dołożyłam sprzedaż pościeli. Nawet 3 tys. dało się z tego wyciągnąć, do czasu kryzysu.
Wtedy ludzie przestali kupować i części motocyklowe, i pościel. Dokładałam do firmy, ale trzymałam ją, żeby mieć ubezpieczenie.
A w 2008 roku najpierw mąż stracił pracę, potem kupiliśmy telewizor, a potem urodził nam się syn. Mama chrzestna kupowała nam pieluchy dla niego. Ubranka dla dzieci mam po rodzinie. Jak dzieci mają urodziny, to proszę, żeby im nie kupować kolejnej zabawki, tylko to, co potrzebują.
Pracowałam nawet w spożywczym koło domu. Trochę zarobiłam i mogłam się spokojnie pouczyć, bo kończyłam studia. Nie jestem dumna z tej pracy, bo znam cztery języki, mam licencjat, chciałam nawet skończyć ze sobą, ale myśl o dzieciach mnie trzymała przy życiu.
Ale miałam ataki paniki, że zaraz umrę, bałam się zamknąć oczy. Wyobrażałam sobie, że stanę przed sądem i co powiem: "Nazywam się Marta i nic w życiu nie osiągnęłam"?
Zmora to karta kredytowa. Jak się poznaliśmy, mąż miał kartę, ale nie używał. A do mnie zadzwonili, jeszcze jak pracowałam, pomyślałam, że się przyda. Pierwszy raz jej użyłam, jak byłam w ciąży, wydałam 60 zł na jakieś ubranka i zabawki dziecięce. I zapłaciliśmy nią za kolację z mężem w ostatnich chwilach wolności.
Dziś na mojej karcie są dwie pozycje - apteka i stacja benzynowa. Płacę nią tylko, jak dzieci są chore i trzeba kupić lekarstwa albo jak trzeba zatankować samochód, żeby dojechać do domu.