http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Berehynia mówi: dość

Katarzyna Kwiatkowska
2011-05-15, ostatnia aktualizacja 2011-05-11 19:33

Tania wzdycha. I po co jej taki facet? Charczący, smarkający do zlewu, zaszyty po latach picia na umór?
Tania wzdycha. I po co jej taki facet? Charczący, smarkający do zlewu, zaszyty po latach picia na umór?

Na Ukrainie od wieków funkcjonował mit Berehyni - słowiańskiej bogini, strażniczki tożsamości narodowej, która własną piersią broniła domowej twierdzy. Komunizm przyniósł Berehyniom nowe obowiązki - harowały na dwóch etatach, najpierw dla państwa, potem dla rodziny

Tatiana Kowal dorobiła się wartości własnej i nikt już jej nie podskoczy. Dwa lata temu mąż jeszcze próbował. Zaraz cię zabiję! - krzyczał i zaczął dusić, bezwstydnie, przy ludziach. Ostatecznie zrezygnował z czynu karalnego i wrzucił ją ze złością na siedzenie samochodu. Poczuła wtedy absolutną niesprawiedliwość - ona ładna, zgrabna, elegancka, w futrze z norek, z bmw i na obcasach, a ten przedwczesny emeryt, wykolejeniec życiowy, co niby za chory do pracy, a siłę do bicia ma, rzuca się na nią na oczach sąsiadów. Uważaj - powiedziała - uważaj, bo pewnego dnia nie przyjadę. Co wtedy z tobą będzie?

Lecz teraz nawet on się uspokoił. Tatiana podejrzewa, że to przez wiadomość o bracie. Witia, taki sam pijus i degenerat, zasnął na mrozie. Przeżył, ale wszystkie kończyny nadają się już tylko do odrąbania. - Całe życie krzywdził rodzinę i kto mu teraz będzie tyłek podcierać? - pyta Tatiana prowokacyjnie, aby ostatecznie sprawdzić, czy mąż się rzeczywiście zreflektował, czy zastanowił, co by było, gdyby i on tak nagle został kaleką. Pyta więc raz jeszcze: kto mu dupę podcierać będzie? A mąż bez nerwów i agresji, jak to wcześniej z byle powodu bywało, mówi: zadzwoń do jego żony, dowiesz się sama. I Tania myśli sobie, że faktycznie trochę się zmienił. Tania myśli tak i zaraz wzdycha, bo wcale jej od tego nie lepiej. I po co taki facet? Charczący, smarkający do zlewu, zaszyty po latach picia na umór. Wygląda jak starzec. Jej obowiązek.

Oddałaby go razem z domem. Dwupiętrowym, z dębowymi schodami, który zbudowała bez niczyjej pomocy. W zamian za wolność zostawiłaby bez żalu cały ten dobytek. Tylko która go zechce?

O tym, że trudno jest zrzucić niewidzialną chustę

Tam, dokąd jedziemy, prawie każda ma swój obowiązek.

- Okręcili nas wokół palca - mówi Tania za kierownicą bmw, które prowadzi równo i pewnie, choć noc i zamieć, dziury na drodze i tiry. Zatrzymuje się na każdą biedę. Na trasie szklanka, kolizji nie brakuje, a ona zawsze z uśmiechem: co się stało, może trzeba pomóc? Chłopakowi z przygranicznej miejscowości, co sprzedał w Polsce całe paliwo z baku i stoi teraz z miną sierocą na środki drogi, chce przelać swoje za pomocą rurki. Niestety ma diesla, a on jeździ na benzynę. - Nie boisz się tak stawać po nocy? - pytam. - A czego tu się bać? Dziwne pytanie zadajesz - śmieje się i dalej feministycznie leci: - Ukraińskie kobiety są jak muzułmanki, tylko bez chustek. I w zasadzie mają jeszcze gorzej, bo muzułmanki, owszem, służą swym mężom, ale przynajmniej oni je utrzymują. Nasi faceci nie mają honoru, żyją na koszt żon i żadnemu nie przyjdzie do głowy, że to przecież wstyd i zgrzytanie zębów. A my, głupie, jeszcze wódkę nalewamy i wycieramy gęby, gdy im się alkohol cofnie.

Tak je nauczono. - Nie pyskuj do męża, bo jesteś tylko baba, gówno warta - powiedziała matka Tatiany, gdy córka po tamtym upokorzeniu próbowała wprowadzić w domu nowe, sprawiedliwsze porządki. Zięć nigdy o teściową nie dbał i gdyby nie Tania, pewnie by sobie ręki nie żałował, a ona do niego "ciu-ciu-ciu", słodko, do wnuka też, bo facet to skarb.

Matka Tatiany wyszła za mąż w wieku 16 lat za wdowca z dwójką dzieci i harówą na gospodarce. Miała szczęście, że ją zechciał - z przestrzeloną przez partyzantów nogą. Mężczyzn było wtedy mało, bo podczas wojny ginęli jak muchy, i każdy był na wagę złota. Dlatego kobiety musiały odtąd starać się jeszcze bardziej. Na Ukrainie od wieków funkcjonował mit Berehyni - słowiańskiej bogini, strażniczki tożsamości narodowej, która własną piersią broniła domowej twierdzy. Komunizm przyniósł Berehyniom nowe obowiązki - harowały na dwóch etatach, najpierw dla państwa, potem dla rodziny. Wartością kobiety była jej praca.

- Motorówa! - cmoka z uznaniem matka, gdy Tania uwija się w kuchni jak w ukropie. Po długiej trasie, od rana na nogach, szykuje śniadanie. Kroi bakłażana odwrócona tyłem do domowników, a na plecach kumuluje się takie napięcie, że od samego patrzenia można dostać skurczu. - Znowu czuję się jak służąca, mówi potem, gdy już zamknie za sobą drzwi na piętrze. - Nie jestem tu u siebie.

O tym, że ryby są tylko we Władywostoku

- Byłam pokorną żoną - wspomina Tatiana na kwaśno, bo ją własna przeszłość mierzi. Przez pierwsze trzy lata małżeństwa ani razu się nie pokłócili. Na wszystko się zgadzała. Kiedy chciał budować dom na błocie, bo obok jego rodziców, to ona już cegły wiozła.

Pierwszy kryzys mieli kilka lat po ślubie, gdy wrócił z Kazachstanu, gdzie przez trzy miesiące zarabiał na samochód radzieckiej marki Moskwicz. Od razu poznała, że coś jest nie tak. Gdy robisz z gówna cukierki, to zawsze śmierdzi. Tak właśnie poczuła: ona jemu i kotlet, i kieliszek, szczęśliwa, że rodzina w komplecie i podstawowa komórka społeczna będzie się wzmacniać miłością wzajemną, a on tymczasem trzymał w czapce uszatce zdjęcie blondynki w końskiej kicie. Nic mu nie powiedziała o tym odkryciu i gdy jechali na rzężącej motorynce, trzymając go w pasie pomyślała, że chciałaby się teraz rozbić. W drzewo i cisza, i ciemność.

Wieczorem, kiedy już ułożyła dzieci na trzeszczącej kanapie w letniej kuchni udającej mieszkanie, powiedziała mu od czapy: moja koleżanka z Kazachstanu widziała cię z końskim ogonem w nieprzyzwoitym splocie. A on głupi uwierzył w te bajdy i wszystko jej wyśpiewał, również to, co robili w intymnych sytuacjach, z najdrobniejszymi szczegółami, jakie tylko facet z tego tamtego zapamiętać potrafi. I ona słuchała, choć jej się zbierało, bo wiedziała, że jak już wszystko powie, będzie mu lżej. Wybaczyła zdradę, matka z dwójką dzieci nie utrzymałaby się na wsi sama. Miała jednak warunek: przeprowadzka z zabitej dechami dziury do miasta.

W Czerwonogradzie pracowali w fabryce z bronią. Skończyła kursy dla klasy robotniczej, została laborantką. Dostali trzy pokoje, więc stawała na głowie, żeby je ładnie urządzić. I to w tym mieszkaniu chciała się wieszać. Kiedyś przyszedł pijany, zły na jej brata, co z nim na początku zgodnie sobie pod garażami rozlewali, jednak od słowa do słowa wywiązała się awantura i ona, jak już wrócili, tacy zataczający się i śmierdzący bimbrem na kilometr, powiedziała: jak ja mam was dość! Zamachnął się i zasunął jej tak, aż zobaczyła gwiazdy. Ale gdy ogarniała ją ostateczna bezsilność, która sprawia, że własny balkon kusi wolnością, umiała sobie przemówić do rozumu. Dziecko trzeba było odebrać z przedszkola, a potem im wszystkim ugotować obiad.

- Rybę bym zjadł - powiedział i dla wzmocnienia efektu poklepał się po brzuchu. Kłopot w tym, że na zachodniej Ukrainie ryb morskich nie było. Co innego we Władywostoku nad Oceanem Spokojnym, gdzie mieszkała jej kuzynka, sześć godzin lotu z Moskwy, więc ona w pociąg, potem w samolot na trzy dni tylko, przed świętami. Wróciła z konserwami, ikrą, wędzonym łososiem i dywanem pod pachą. Obładowana nie mogła zmieścić się do miejskiego autobusu, gdy w Moskwie trzeba było zmienić środek transportu z lotniczego na naziemny, co to był za wysiłek, nawet sobie nie wyobrażała. Jakoś się jednak udało i radość na święta była wielka.

O tym, że bycie pokorną żoną nie wychodzi na zdrowie

Zaczęły się szalone lata 90. i rozkwitł drobny handel, w którym ona brała czynny udział, zarabiając po 20 dolarów dziennie - co to były za pieniądze! Później przyjechali z mężem do Polski zbierać na samochód. Załatwiła mu pracę na budowie, a sama pojechała plewić mazowiecką kapustę, ale uprawiali tam niewolnictwo w XX wieku, więc zadzwoniła do męża z prośbą: przyjadę na tydzień do Warszawy, znajdę sobie robotę, nie będę ci zawadzać, mogę?

Znalazła chętnych na jej sprzątanie. Kupili forda sierrę. Zadawali szyku, na Ukrainie takich samochodów wtedy jeszcze nie było. Ich fabryka broni upadała, więc wróciła do Polski. Syn w tym czasie ożenił się i rzucił studia, trzeba mu było kupić mieszkanie. Dostała raka piersi. Pomyślała, że nie może mieć teraz przerzutów, bo córkę trzeba wysłać na naukę i jeszcze kożuszek jej za 400 dolarów kupić. Taki piękny, modny, biały, figlarnie króciutki, co go każda dziewczyna chciała mieć. Do dziś na jego wspomnienie uśmiecha się ciepło, kożuszek wybawiciel, najlepsze lekarstwo onkologiczne dla matek.

Pracowała w firmie z powierzchnią do sprzątania ponad 600 metrów kwadratowych. Wstawała o czwartej, potem szła do ludzi do mieszkań. Najgorsza była klitka bez okien, w której mieszkała, żeby nie wydawać na lokum. W tej komórce dostała depresji. Mąż, zamiast pracować na czarno dla dobra wspólnego, zaczął czarno pić, to jest codziennie i na umór. Takiego wcześ-niej nie było, przynajmniej nie w takim stopniu, a na dodatek syn się rozwodził. Dla niej sensem życia była rodzina w komplecie, a synowa odgrodziła od niej wnuczkę, z zemsty za nieudane pożycie, więc stres był potworny. Tatiana w komórce nic, tylko płakała, myśląc o dziecku, co teraz pochodzi z rozbitej rodziny. Nie mogła pracować ani nawet wysłowić się z sensem, bo dopadło ją czarne zmęczenie, które zalewa smołą nawet soczyste kolory wiosny.

Wróciła na Ukrainę. Po przyjaciółce pracującej dla Włocha podnajmowała pokój w hotelu robotniczym, bo własne mieszkanie trzeba było oddać obcym dla jakiegoś choćby dochodu. Bezmyślnie turlała ostatnie 130 dolarów amerykańskich. Mężowi skończył się paszport, a bał się iść do urzędu po nowy. - Ja mogę rowy kopać, mówił z pretensją w głosie, a na papierkach się nie znam i już. Ale nie było rowów do kopania, były trzy ostatnie opakowania kawy, które bezskutecznie próbowała sprzedać na rynku, i wszystko. Córka tymczasem na studiach, na wymarzonej farmacji, gdzie, jak to na Ukrainie, trzeba było dawać w łapę za każdy egzamin. Pomyślała, że jak ją teraz zostawi, że jeśli teraz nie podoła, Masza nie skończy studiów, no bo jak, ojciec jej przecież nie utrzyma, więc w ostatniej chwili podjęła decyzję. Jak co dzień zrobiła obiad dla swoich mężczyzn, bo syn, choć już dorosły, miał bóle życiowe i z ich powodu nie mógł się nigdzie zaczepić na stałe, więc chociaż ciepłym posiłkiem próbowała go pocieszyć. Podała, zjedli i wtedy przemówiła: jestem bardzo chora, powiedziała, ale wy mi nie pomożecie. W takim razie ja wam jeszcze, kurwa, pokażę, co jestem warta!

Źródło: Duży Format
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    39 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':