Obejrzyj galerię zdjęć z czerwonego dywanu w Cannes
>
Tym razem sceptycyzm Allena jest podwójnie przewrotny. Jego najnowszy - trzydziesty dziewiąty! - film mówi o "syndromie złotego wieku" - podważa powszechne złudzenie, że kiedyś było lepiej, że czasy świetności są dawno za nami. Kiedy? Może w paryskich latach 20. - czasach Picassa, Hemingwaya, Gertrudy Stein? Może w belle époque? A może aż w renesansie?
Coś z ducha "Manhattanu" i jego jasnego zakończenia przeniknęło do komedii o paryskiej przedślubnej podróży niedobranej amerykańskiej pary: hollywoodzkiego scenarzysty marzącego o tym, aby stać się prawdziwym pisarzem, i córki bogatych konserwatystów. On chce spacerować po Paryżu w deszczu, ona ze swoją matką ucieka do taksówki. "My się naprawdę kochamy - zwierzy się komuś Gil (Owen Wilson). - Mamy ze sobą wiele wspólnego, na przykład oboje lubimy indyjską kuchnię...".
Jak to się dzieje, że farsa o Amerykanach w Paryżu zamienia się w turystykę fantastyczną, w podróż wehikułem czasu? Allen opowiadał na wczorajszej konferencji inaugurującej festiwal, że tym razem nie miał w szufladzie gotowego scenariusza. Kiedy zaplanował zrobienie filmu we Francji, miał tylko tytuł "Midnight in Paris". Co może się zdarzyć o północy w Paryżu? Romansowe spotkanie? Gil zostawia swoją narzeczoną brylującemu pedantowi, który imponuje jej wykładami z historii sztuki, i samotnie, upojony winem, błąka się nocą po Montmartrze.
Zegar wybija północ. Następuje moment jak z bajki lub ballady - zatrzymuje się zabytkowy
samochód z lat 20. Rozbawione towarzystwo wciąga Gila do środka. "Na pewno o mnie chodzi?" "Tak, o ciebie, musisz jechać z nami".
Woody Allen umieścił w tym filmie artystyczne ikony nowoczesności, których śladów szukają turyści. Lista sław jest długa i zaskakująca, nie zdradzę jej całej, żeby nie psuć widzowi kolejnych zaskoczeń. W lokalu, który w dzień, na trzeźwo okazuje się zwykłą pralnią, nocą, jakby nigdy nic, bawią się duchy - parysko-amerykańska bohema lat 20. Czy ten pan przy pianinie to nie jest przypadkiem Cole Porter? A ta para - to przecież Scott Fitzgerald z Zeldą! A ten w kącie - to Hemingway! Gil chce pokazać mu maszynopis swojej powieści. Czy to możliwe, że przeczyta ją sama Gertruda Stein? Tylko jak to zrobić, żeby znów do nich trafić? Ale okazuje się, że oni sami - ci umarli - nas znajdują.
- To wszystko były
lektury mojej młodości - mówił Allen w Cannes.
Ktoś spytał: - Czy też uważa się pan za artystę? Allen odparł: - Nie, artystami byli Kurosawa, Fellini, Bergman. Ja tylko robiłem filmy bardziej lub mniej udane, ale generalnie jestem zadowolony, myślę, że wiele udało mi się spełnić. W "Midnight in Paris" z satysfakcją, bez trudu mogłem pisać dialogi dla Picassa, Hemingwaya, Fitzgeralda, Gertrudy Stein, bo ich znam.
W tym filmie początkowo wzruszają kolejne spotkania z wielkimi twórcami przeszłości, zanim nie zorientujemy się, że są oni potraktowani z lekka parodystycznie. Czy dowcipy Salvadora Dalego naprawdę są takie wspaniałe? Czy Bunuel nie wygląda trochę na nierozgarniętego? Są widziani przez kogoś, kto ich zna i podziwia, ale zarazem ma silne poczucie własnej wartości i integralności.
Woody Allen swemu bohaterowi, który na pozór jest jego przeciwieństwem, dał coś ze swojej mądrości. Przygodzie amerykańskiego marzyciela towarzyszy myśl trzeźwa, daleka od marzycielstwa: obrona siebie samego. W trakcie imaginacyjnej podróży Gil - amerykański osiłek o duszy artysty - utwierdza się w poczuciu własnej wartości. Może rozmawiać z duchami przeszłości, bo zna ich teksty. Kiedy Gil słucha Hemingwaya mówiącego tak, jakby pisał swoją prozę, można pomyśleć: on nie potrafi być nikim innym niż tylko Hemingwayem - a ja jestem sobą. Umarli artyści są częścią nas. Tak mówił Proust, który nie pojawia się w tym filmie: artyści uczą nas patrzeć, po czym znikają, zostajemy sami ze sobą. Jak Gil o świcie na moście Aleksandra III. Choć za chwilę nie będzie już sam.
Osoby, którą spotka, nie gra Carla Bruni - która wystąpiła w tym filmie właściwie towarzysko, w epizodzie ekskluzywnej przewodniczki po Paryżu. Woody Allen - jako autor - gra w tym filmie na kilku poziomach: bo można spojrzeć na "Północ w Paryżu" jak na przewodnik po mieście z migającą wieżą Eiffla w tle, a można znaleźć w nim ni mniej, ni więcej, tylko testament Allena - pesymistycznego optymisty. Zapytany, czy świat współczesny go rozczarowuje, odpowiada: "To pułapka myśleć, że w innych epokach było lepiej. Tamci ludzie myśleli o swoich czasach tak samo jak my o swoich, po prostu dlatego, że życie jest zawsze rozczarowujące".