Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Dorota Pietrek z podszczecińskich Polic przechowuje w domu gwiaździsty sztandar, odznakę Purpurowe Serce i zaświadczenie o przyznaniu synowi amerykańskiego obywatelstwa. Polski strzelec z 1. Dywizji Piechoty Morskiej zginął w czerwcu 2008 r. w prowincji Farah w Afganistanie.
Przyjechał do Ameryki w 2005 r., miał 21 lat, wylosował zieloną kartę. Wstąpił do marines, gdy z kampanii reklamowej "Go to army" dowiedział się, że w ten sposób zyska obywatelstwo. W kwietniu 2008 r. odleciał do Afganistanu.
- Niemal każdego dnia w Kabulu, kiedy lądowały amerykańskie samoloty z żołnierzami, spotykałem wysiadających z nich Polaków - opowiada polski oficer, który spędził tam ponad pół roku.
- Ilu obywateli RP zaciągnęło się do US Army? - pytamy Elizabeth Robbins ze służb prasowych Pentagonu.
- Nikt nie prowadzi takiej statystyki - odpowiada.
Płk Zbigniew Rzepa z Naczelnej Prokuratury Wojskowej mówi, że w myśl polskiego prawa obywatele RP w US Army są przestępcami, jeśli nie uzyskali stosownej zgody ministra obrony narodowej na służbę w obcym wojsku. To przestępstwo zagrożone karą do pięciu lat więzienia.
Polacy w amerykańskich mundurach walczą z talibami ramię w ramię z kolegami z polskiej armii.
- Jednak jako żołnierz nie popieram służby Polaków w innych armiach - mówi gen. Bogusław Pacek z Ministerstwa Obrony. - To budzi mój wewnętrzny sprzeciw. Gdy byłem zastępcą dowódcy operacji EUFOR w Czadzie, spotykałem żołnierzy francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Byli wśród nich Polacy. Nie mogłem się do nich przekonać. Według mnie służyć powinno się własnemu państwu i we własnym wojsku.
Tzw. rekruterzy (żołnierze kompanii rekrutacyjnej) amerykańskiej armii werbują w
USA ochotników obcokrajowców posiadających zielone karty, głównie Latynosów i Polaków. Pochodzący z warszawskiej Pragi Rafał Stachowski, rekruter, który werbuje do armii rodaków, mówi, że w wojskach USA służy ok. 500 "naszych". Zginęło już 20 z nich.
- Do mnie zgłosił się ostatnio gość, który złamał żebro, pracując na czarno. Nie było go stać na lekarza, miał tego dość. Dzisiaj jest w armii, właśnie jedzie na wojnę.
W miasteczku pod Nowym Jorkiem odnaleźliśmy Jacka T., młodego Polaka, który właśnie zaciąga się do armii. Do tej pory pracował jako imigrant w stolarni: ciął deski bez umowy o pracę i urlopu.
- Dzięki armii obywatelstwo dostanę od zaraz - mówi. - Po ukończeniu 14-tygodniowego kursu będę miał 1,4 tys. dolarów miesięcznie, 30 dni płatnych wakacji i ubezpieczenie. Można też dostać stypendium. Wtedy pójdę do college'u.
Przedtem czeka go jednak wyjazd na wojnę.
- Nie chcę się martwić na zapas - mówi. -
Ameryka to kraj marzeń, a armia pozwala je spełnić.