Ten wtorek był jak każdy inny. Leopold J. jak zawsze rano wziął psa na spacer. Na osiedlu Klinek w podkrakowskich Kosocicach jest zasada: z dużymi psami wychodzi się za osiedlowe ogrodzenie. J. miał wilczura. Szli wzdłuż ogrodzenia, po prawej stronie są pola, pies ma gdzie biegać. Dalej już tylko pojedyncze domki jednorodzinne.
Pewnie dlatego strzałów nikt nie usłyszał.
Pan Marek, który mieszka w zagraconym domku na końcu feralnej uliczki, zobaczył tylko, jak z wielką prędkością przemknęła czarna terenówka. - Tu zaraz kończy się asfalt i samochody zwalniają, a ten nic, tylko gazu, porżnął hen na sam dół. Tyle go widziałem. Za chwilę zadzwonił sąsiad, że temu facetowi z psem chyba coś się stało.
Leopold J. dostał dwie kule w głowę.
Policjanci szukają świadków, próbują na gorąco ustalić, komu mogło zależeć na jego śmierci. Ale zanim zdążą cokolwiek ustalić, na nogi stawia ich kolejna informacja o innym zastrzelonym mężczyźnie. Policyjna ekipa pędzi na krakowskie Bielany. Ofiara leży na cmentarnej alejce. Tak samo jak poprzednio - strzał w głowę. Trwa gorączkowe ustalanie tożsamości zabitego. Okazuje się, że to były wspólnik Leopolda J. Razem prowadzili firmę Luka-Pol. Marek K. był prezesem, Leopold J. zastępcą.
- To było jak egzekucja, dwa strzały w głowę - mówi oficer policji zaangażowany w śledztwo.
Ktoś z mieszkańców osiedla przypomni sobie wtedy, że Marek K. jeździł czarnym terenowym volvo, ktoś inny, że chwilę przed zabójstwem widział go, jak podjechał samochodem pod osiedle. Policja podejrzewa: prezes Luka-Polu zastrzelił zastępcę, potem odebrał sobie życie.
Tak się skończył w Krakowie budowlany boom.
Misio i uwodziciel
- To był taki miły krętacz - barczysty mężczyzna oprowadzający nas po osiedlu opowiada o Leopoldzie J. - Każdy mu się kłaniał, ale myślał sobie: a kij ci w oko. Nikt za nim nie przepadał.
- Usterki? O rany, można by antypodręcznik o budownictwie napisać, tyle tego jest - denerwuje się drugi z mieszkańców, pan G. - Nadzór budowlany stwierdził 27 naruszeń projektu, ekspertyza zajęła 150 stron. Jakbyśmy chcieli wszystko wyremontować, projektant wyliczył, że trzeba by około 2 milionów wyłożyć - mówi mężczyzna.
Brakujące 2 miliony na dokończenie osiedla powinien wyłożyć Luka-Pol. Ale kiedy przyszedł kryzys gospodarczy, firma popadła w kłopoty, pozaciągała długi, w końcu prezesi pokłócili się o pieniądze i rozwiązali zarząd. Więc osiedle do tej pory stoi nielegalnie, bo nadzór budowlany nie zgodził się na odbiór inwestycji ze względu na naruszenia projektu.
- Regularnie piwnice zalewa, tynk odpada, płytki, kostka brukowa są źle położone, grzyb rośnie. Ludzie ze swoich pieniędzy naprawiają, ale nowej przepompowni przecież na własną rękę nie postawimy - dodaje mężczyzna.
O Leopoldzie na osiedlu mówili "Misio". Z wyglądu jowialny. W kilku telewizyjnych newsach o aferze Luka-Polu widać starszego siwego pana z małym brzuszkiem, o niebieskich oczach, zazwyczaj ubranego w polar lub dres. W Kosocicach przyznają do dziś: wzbudzał zaufanie.
Mieszkanka osiedla: - Typ uwodziciela. Wiedział, co komu powiedzieć. Mnie, że jestem w jego typie, mojej adwokat, że ma piękne nogi. Sprawiał wrażenie, że każdemu by nieba przychylił, tylko co rusz ktoś mu kłody pod nogi rzuca. Sama na początku byłam pod jego urokiem.
Ci, którzy poznali Marka, mówią: wysoki, trochę zwalisty, nieco tajemniczy, ale wyważony. Choć formalnie prezesował Luka-Polowi, twarzą firmy był jego zastępca, Leopold.
Mieszkaniec II: - Leopold wszystkie decyzje podejmował. Większość z nas znała tylko jego. Drugi wspólnik był schowany w gabinetach. Nie afiszował się, zajmował się sprawami technicznymi.
Nic dziwnego - na tym się znał. Marek od lat prowadził w Krakowie firmę budowlaną. Specjalizował się w remontach dla uczelni. Franciszek Romaniak, kanclerz krakowskiej AWF, zetknął się z nim jeszcze w latach 90., gdy pracował na Politechnice Krakowskiej. - Mówił mi, że wyremontowali 18 domów studenckich w Krakowie. Tanio. A dla uczelni to ważne, bo wiadomo, jakie mamy budżety. Ale mimo to byli solidni.
Firma K., którą od pewnego czasu prowadzi jego syn, remontuje teraz akademik AWF, wcześniej ocieplała budynek. - Pamiętam, że jak u nas spóźnili się parę dni z robotą, to gratis wyremontowali nam dach na auli - wspomina kanclerz.
O Leopoldzie mało kto wcześniej słyszał. Wiadomo tylko, że pochodzi z Nowego Sącza, tam jego syn prowadzi firmę z farbami. - Z prasą nie będę rozmawiać! - syn odkłada słuchawkę.
Źródło: Duży Format