Habib al-Adly to były szef MSW, który przez 14 lat kierował siłami bezpieczeństwa prezydenta Hosniego Mubaraka. W czwartek sąd w Kairze skazał go na 12 lat więzienia za pranie brudnych pieniędzy i korupcję. Zamrożony został też jego majątek o wartości prawie 4 mln dol. - po części na poczet kary zasądzonej w wysokości 2,5 mln dol.
Podczas procesu człowiek, przed którym jeszcze kilka miesięcy temu drżał cały kraj, zgodnie z egipskim zwyczajem stał w klatce. - W długiej historii Egiptu jeszcze żaden minister spraw wewnętrznych nie został oskarżony, osądzony i skazany - powiedział Mustafa al-Sajed, politolog z Uniwersytetu Amerykańskiego w Kairze.
Za dwa tygodnie Al-Adly'ego czeka kolejny proces - za tłumienie protestów podczas protestów społeczeństwa, które w lutym doprowadziły do obalenia Mubaraka. W ciągu 18 dni rewolty zginęło 846 cywilów. Minister został oskarżony o wydanie rozkazu strzelania do protestujących, za co grozi mu kara śmierci.
To pierwszy wyrok na tak wysokiego funkcjonariusza reżimu. W areszcie czeka 20 kolejnych. Nie wiadomo, kiedy zacznie się proces schorowanego Mubaraka, jego żony i dwóch synów, którzy są oskarżani o korupcję i zostali aresztowani w kwietniu. Nowy minister sprawiedliwości powiedział w niedzielę, że byłemu prezydentowi grozi egzekucja, o ile sąd uzna go odpowiedzialnym za śmierć demonstrantów.
Procesy prominentów budzą ogromne zainteresowanie Egipcjan. Kierowana przez Habiba al-Adly'ego
policja była tak znienawidzona, że podczas rewolucji ludzie podpalali komisariaty. Jeszcze przez długi czas po zmianie władzy na wiecach padały żądania kierowane do nowych władz wojskowych o przyspieszenia procesów byłych ministrów.
- Sprawiedliwość nie może być słodsza - komentował wczorajszy wyrok dekorator wnętrz Karim el-Hajawan, jeden z demonstrantów z kairskiego placu Tahrir. - Proces Al-Adly'ego udowodnił, że reżim Mubaraka był skorumpowany. To ważne dla tych, którzy za nim tęsknią - uważa politolog Mustafa al-Sajed.
W środę wieczorem kilkuset zwolenników Mubaraka wyszło na centralny plac Kairu, by świętować 83. urodziny byłego prezydenta i domagać się dla niego szacunku. Interweniowali żołnierze, kilkadziesiąt osób odniosło obrażenia.
Human Rights Watch zauważa, że o ile Mubarak i jego otoczenie mają szansę bronić się przed normalnym sądem, o tyle rządząca Egiptem armia odmawia tego prawa zwykłym cywilom. W ciągu niecałych trzech miesięcy sądy wojskowe wydały 7 tys. wyroków, w których skazano 50 tys. ludzi. - Czegoś takiego jeszcze nie było - powiedział agencji Inter Press Service Adel Ramadan, prawnik z Egipskiej Inicjatywy na rzecz Swobód Osobistych. - Nawet za Mubaraka przed sądem wojskowym odbywały się tylko dwa-trzy procesy rocznie.
Oskarżeni są zwykle o grabieże, podpalenia i bandytyzm. Są jednak wśród nich setki uczestników demonstracji, którzy ośmielili się krytykować nowe władze. 30 marca na trzy lata więzienia skazano Maikela Nabila Sanada, znanego blogera i działacza praw człowieka. Jego prawnikom sędzia podał złą datę procesu; gdy przybyli na rozprawę, okazało się, że Sanad został osądzony poprzedniego dnia.
W praktyce oskarżeni są pozbawieni prawa do obrony. Adwokaci mają kilka minut na rozmowę z klientem, zapoznanie się z zarzutami i wyrażenie opinii przed sądem. - Są tylko na pokaz - uważa Ramadan. - Jak proszą o więcej czasu, sąd wyznacza na ich miejsce innych.
Dotąd trzy razy wojskowy sędzia zasądził karę śmierci. Od wyroków nie ma odwołania. Jest coraz więcej dowodów na to, że władze stosują tortury do zastraszania i wydobywania zeznań, a nawet, że fabrykuje się oskarżenia przeciw przeciwnikom politycznym. Jeden z demonstrantów zatrzymany 9 marca na kairskim placu Tahrir opowiadał, że żołnierze go torturowali, potem zabrali do bazy, gdzie sfilmowali przy stole, na którym leżały kije, noże i koktajle Mołotowa. Oskarżono go o bandytyzm.
Armia zaprzecza torturom i przekonuje, że procesy cywilów przed sądami wojskowymi są zgodne z (zaostrzonym po obaleniu Mubaraka) prawem. Jednak jest ono sprzeczne z międzynarodowymi konwencjami, które pozwalają stawiać przed nimi jedynie żołnierzy. Obrońcy praw człowieka domagają się powtórzenia wszystkich procesów przed sądami cywilnymi. Armia obiecuje przyjrzeć się nieprawidłowościom tylko wtedy, kiedy jakimś przypadkiem zainteresują się media. Ostatnio pod wpływem zagranicznej prasy wojskowej władze zgodziły się zbadać doniesienia o poddawaniu zatrzymanych kobiet "testowi na dziewictwo".