Rozegrany we wtorek Puchar Polski zakończył się kolejnym w polskim futbolu skandalem i zadymą. Trudno nawet zliczyć, ile razy prawo zostało złamane. Chuligani Legii wnieśli na stadion i odpalili race i petardy, a po zwycięskim golu kilkuset z nich (wielu z zasłoniętymi twarzami) wbiegło na boisko i starło się z ochroną. Potem kilkuset kiboli Lecha biło się z policją i demolowało trybuny.
Patrzyli na to ludzie z
UEFA. - Nie zapraszaliśmy delegatów UEFA. Jeśli byli, to sami kupili sobie bilety. Nie zmienia to faktu, że zdjęcia z zajść krążą już po całej Europie. Teraz będę się musiał tłumaczyć, bo odpowiadam głową za bezpieczeństwo podczas Euro - mówił wczoraj prezes PZPN
Grzegorz Lato. Kto zawinił? Wczoraj - jak zwykle - każdy zrzucał z siebie odpowiedzialność.
Zarząd Legii ubolewa nad zajściem i jest mu przykro, że "wielkie święto piłki nożnej" zostało zakłócone przez niewłaściwe zachowanie części kibiców. Zapowiada konsekwencje prawne, ale tłumaczy wtargnięcie na boisko "euforią zwycięstwa" i twierdzi, że nie ma co porównywać winy ich kiboli z tymi z Lecha.
Wiceszef Lecha, który szczyci się współpracą z kibolskim stowarzyszeniem, "jest szczerze poruszony", sam chciałby wiedzieć, kto narozrabiał, i zapowiada ukaranie winnych.
Sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina bezradnie rozkłada ręce: - Trudno odpowiadać za coś, na co nie mamy wpływu. Związek nie ma służb, które mogłyby przeciwdziałać takim zachowaniom, od tego jest
policja.
Wiceminister spraw wewnętrznych Adam Rapacki: - Dziwię się, że związek przerzuca piłkę, bo według ustawy za bezpieczeństwo na stadionie odpowiada organizator. Policja wkracza, gdy jest proszona o pomoc. W Bydgoszczy przywróciła porządek, a teraz wspólnie z prokuraturą identyfikuje kiboli, którzy łamali prawo. Obiecuję, że winnych uda się rozpoznać i ukarać.
Po południu do
gry dołączył Donald Tusk. I zagrał ostro, jak nigdy wcześniej w sprawie kiboli. - Niektóre służby państwowe i instytucje łudziły się, że możliwe jest porozumienie z chuliganami. Tak długo, jak po jednej stronie oprócz władzy państwowej i policji nie stanie
Ekstraklasa, PZPN, kluby, tak długo będziemy przegrywali z przemocą na stadionach - mówił premier. - Wydaje się, że dzisiaj ta symbioza władz klubowych i stowarzyszeń kibicowskich, za którymi często kryją się chuligani, a czasami zwykli przestępcy, jest jednym ze źródeł niemocy. Odnoszę wrażenie, że w niektórych miejscach środowiska chuligańskie zdominowały legalne władze organizacji sportowych czy klubów - mówił premier.
Wojnę kibolom Tusk wypowiedział miesiąc temu, gdy w Kownie bili się z litewską policją na meczu reprezentacji. Już kilka lat temu rozwiązanie problemu zapowiadał ówczesny szef MSWiA Grzegorz Schetyna. Czy teraz też skończy się tylko na groźbach?
Wczoraj premier zapowiedział:
- Sądowe zakazy stadionowe nakładane na kiboli mają obowiązywać na wszystkich imprezach masowych.
- Jeśli policja uzna, iż stadion nie spełnia wymogów bezpieczeństwa (tak było w Bydgoszczy), wojewodowie będą zobowiązani zamykać go dla publiczności.
- Nowelizacja ustawy ma być uchwalona w specjalnym, szybkim trybie: jeszcze w tej kadencji Sejmu.
Jeszcze dalej idzie wiceminister Rapacki: - Jeśli ludzie nie potrafią się zachować na meczach wyjazdowych, być może nie powinni jeździć w ogóle. Jeżeli wciąż będzie dochodzić do ekscesów, zastanowimy się, czy w ogóle meczów nie rozgrywać bez udziału publiczności. Grzegorz Lato: - Zgadzam się z generałem Rapackim. Dopóki w niektórych klubach nie powstaną nowe stadiony, jest to sensowny pomysł. Kluby są w tej kwestii podzielone, spotkamy się z nimi pod koniec maja.
Nowy sezon ligowy zacznie się w lipcu.