Bruksela ugięła się pod naciskiem Francji oraz Włoch i zapowiedziała wczoraj, że pod koniec maja zaproponuje przepisy, które pozwolą "w absolutnie wyjątkowych warunkach" na czasowe przywrócenie kontroli granicznych wewnątrz strefy Schengen z powodu kryzysu imigracyjnego. Zawieszanie ruchu bezgranicznego jest możliwe także teraz, ale wyłącznie w wypadku poważnych zagrożeń dla bezpieczeństwa publicznego (np.
Włochy zrobiły to w 2009 r. podczas szczytu G-8 w L'Aquili, powołując się na zagrożenie terrorystyczne), pod co trudno jest jednak podciągnąć imigrację zarobkową.
Podważenie dotychczasowych zasad Schengen to pokłosie francusko-włoskiego sporu o niecałe 25 tys. Tunezyjczyków, którzy przeprawili się w tym roku przez morze do Włoch, a Rzym - nadając im status turysty - chciał ułatwić im wyjazd do Francji i pozbyć się kłopotu.
Francja odpowiedziała wprowadzaniem kontroli granicznych pod włoskim Ventimiglia (formalnie były to tylko patrole
policyjne) i zablokowała wjazd Tunezyjczyków.
Reforma porozumienia z Schengen nie jest zatem korzystna dla Włochów, ponieważ utrudniłaby im eksportowanie imigrantów z Afryki np. do Francji, ale niewykluczone, że Rzym - czym straszy od kilku lat - będzie chciał blokować romską imigrację z Bałkanów.
Nowe przepisy musi zatwierdzić Rada UE (czyli przywódcy krajów Unii) oraz - co będzie trudniejsze - europarlament. Niewykluczone, że
Bułgaria i
Rumunia nie zostaną dopuszczone do strefy Schengen przed tą nowelizacją, bo Niemcy i Francuzi boją się, że otworzyłoby to lądowy bezgraniczny korytarz między Grecją, gdzie przedostaje się mnóstwo nielegalnych imigrantów, a "bezbronną" wobec imigracji resztą Unii.