http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Po śmierci Osamy Afgańczykom lepiej nie będzie

Wojciech Jagielski
2011-05-02, ostatnia aktualizacja 2011-05-03 19:09

Afgański prezydent Hamid Karzaj
Afgański prezydent Hamid Karzaj
Fot. OMAR SOBHANI REUTERS

Śmierć Osamy ben Ladena, z którego powodu Amerykanie najechali w 2001 r. na Afganistan, ułatwi im i ich zachodnim sojusznikom wyplątanie się z wojny. Afgańczykom nie wróży jednak nic dobrego.

Kadr z filmu
fot. youtube.com
Kadr z filmu "Tere Bin Laden"
Times Square, na ekranach wyświetla się informacja o śmierci bin Ladena
Fot. CHIP EAST REUTERS
Times Square, na ekranach wyświetla się informacja o śmierci bin Ladena
Osama ben Laden ściśle kontrolował dostęp dziennikarzy do jego osoby i swoje wypowiedzi, które trafiały do mediów. Na zdjęciu ben Laden podczas konferencji prasowej zorganizowanej dla wybranych dziennikarzy w górach prowincji Helmand w Afganistanie 24 grudnia 1998 roku
Fot. RAHIMULLAH YOUSAFZAI AP
Osama ben Laden ściśle kontrolował dostęp dziennikarzy do jego osoby i swoje...
Informacja, że bin Laden nie żyje była w USA wielkim wydarzeniem. Telewizje przerwały nadawane programy
Fot. AHMAD MASOOD REUTERS
Informacja, że bin Laden nie żyje była w USA wielkim wydarzeniem. Telewizje...
Śmierć przyszła po saudyjskiego banitę w najlepszym dla USA momencie. Latem, zgodnie z obietnicą złożoną w zeszłym roku przez Baracka Obamę, pierwsi amerykańscy żołnierze mają być wycofani z afgańskiej wojny, której prezydent zawsze był przeciwny.

Obama, który w 2012 r. będzie ubiegał się o reelekcję, chce się uwolnić od afgańskiej wojny. Coraz dłuższej, krwawszej i kosztowniejszej. Sami amerykańscy generałowie ostrzegają, że tegoroczne lato będzie w Afganistanie trudniejsze od poprzednich. Ma być także rozstrzygające, ale nawet najwięksi amerykańscy optymiści przyznają, że nie dadzą rady pokonać partyzantów.

Śmierć ben Ladena nie osłabi talibów, bo choć udzielali gościny Al-Kaidzie i podzielali fanatyzm religijny jej przywódców, to nigdy do Al-Kaidy nie należeli, a przez lata odrzucali terroryzm.

To nie talibowie, ale ich ówcześni wrogowie zaprosili w 1996 r. do Afganistanu Saudyjczyka. Samolot po niego posłał do Chartumu ówczesny prezydent Burhanuddin Rabbani, który dziś popiera Amerykanów. Dopiero gdy talibowie zdobyli Kabul i przejęli rządy, ben Laden porzucił gospodarzy i o gościnę poprosił nowych władców. Po amerykańskiej inwazji jesienią 2001 r. talibowie wraz z członkami Al-Kaidy uciekli do Pakistanu i tam ich drogi praktycznie się rozeszły.

Przywódcy Al-Kaidy śnili o światowej świętej wojnie z Zachodem, a Afganistan, Pakistan, Irak, Somalię czy Czeczenię traktowali jedynie jako miejsca bitew w globalnej batalii. Z kolei talibów świat nie obchodził za grosz, wracali za to do kraju, by walczyć z obcymi wojskami, które według nich najechały i okupowały Afganistan.

Choć wielu cudzoziemskich ochotników walczyło w afgańskiej wojnie, próżno szukać Afgańczyków wśród autorów antyzachodnich zamachów i ataków poza Afganistanem. Widząc zabójczą skuteczność terroryzmu użytego w Iraku, pragmatyczni afgańscy partyzanci zdecydowali się jedynie w kraju przejąć od Al-Kaidy jej metody walki.

Gdyby nawet Al-Kaida zniknęła wraz ze śmiercią swego przywódcy, afgańska wojna będzie toczyć się dalej, z tą samą intensywnością i według podobnego scenariusza. Afgańscy partyzanci nie zależą bowiem i nigdy nie zależeli od Al-Kaidy i to ona, jak w latach 90., potrzebowała raczej talibów niż odwrotnie.

- Wojna w Afganistanie nie skończy się, póki ostatni obcy żołnierz nie opuści naszego kraju - oznajmili w sobotę talibowie, ogłaszając początek wiosenno-letniego sezonu wojennego.

Emisariusze talibów, prowadząc od lat sekretne rozmowy z przedstawicielami Zachodu, nie ukrywają, że za wycofanie obcych gotowi są nie tylko zerwać z Al-Kaidą, ale i dopilnować, by żaden oskarżany o terroryzm cudzoziemiec nie znalazł schronienia w Afganistanie. Dla Zachodu coraz bardziej zniechęconego do afgańskiej wojny taka obietnica jest kusząca. Dla pewności Amerykanie chcieliby zachować w Afganistanie bazy, które powstały kosztem wielkich nakładów, ale na to z kolei nie zgadzają się partyzanci.

Swoje inwazje na Afganistan i Irak Amerykanie nazywają wojną z terroryzmem. Śmierć Osamy ben Ladena, wodza Al-Kaidy może - tak jak w 1991 r. upadek komunizmu i rozpad Związku Radzieckiego - posłużyć Zachodowi za pretekst, by ogłosić, że cel afgańskiej wojny został osiągnięty i można zacząć odwrót z Afganistanu.

W latach 80. Amerykanie wspierali afgańskich partyzantów, by zaszkodzić Armii Radzieckiej okupującej Afganistan. Kiedy wykrwawieni dziesięcioletnią wojną czerwonoarmiści wycofali się, porzucili ten kraj także Amerykanie.

Ani wtedy, ani dziś Amerykanów ani nikogo na Zachodzie nie obchodził Afganistan i Afgańczycy ze swoimi lokalnymi wojnami, niezagrażającymi międzynarodowemu porządkowi. Gdyby w 1996 r. talibowie nie przyjęli ben Ladena, rządziliby zapewne w Kabulu do dziś.

Nawet jesienią 2001 r., osaczywszy Osamę ben Ladena w górskiej twierdzy Tora Bora, Amerykanie chcieli go zabić lub pojmać jak najmniejszym kosztem. Zamiast posłać za nim komandosów, woleli przekupić afgańskich watażków, a ci przyjąwszy pieniądze od Amerykanów, wzięli jeszcze więcej od Saudyjczyka i dali mu uciec.

Przeczuwając, że inwazja na Afganistan nie będzie dla Amerykanów blitzkriegiem, oficerowie CIA już po 11 września 2001 r. przestrzegali Biały Dom przed posyłaniem wojsk do Afganistanu i braniem się do budowania tam nowoczesnego afgańskiego państwa. Dziesięć lat wojny dowiodły słuszności tych przestróg.

W 1991 r., mimo wcześniejszych obietnic, że nie porzucą Afganistanu, Amerykanie zapomnieli o mudżahedinach, gdy tylko czerwone flagi zostały ściągnięte z Kremla. Gdyby tylko Zachód mógł mieć pewność, że na pałacu prezydenckim w Kabulu nikt nie zawiesi białych flag talibów, choćby dziś zacząłby wycofywać wojska z Afganistanu ("Nie pokonacie nas, ale możecie się do nas przyłączyć" - mówiła w poniedziałek do talibów szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton).

Paradoksalnie śmierć ben Ladena tylko zmniejszy determinację Zachodu, by trwać w Afganistanie, aż kraj ten będzie w stanie samodzielnie funkcjonować i nikomu nie zagrażać.

Pospieszne kończenie afgańskiej wojny i wycofywanie wojsk da Zachodowi święty spokój i ułudę zwycięstwa. Dla Afgańczyków tak jak w 1991 r. oznaczać będzie jedynie groźbę nowej wojny domowej, rozpad państwa i rządowego wojska na udzielne księstwa, zawłaszczone i grabione przez ministrów i generałów przepoczwarzonych w watażków i chanów. Póki Osama ben Laden i Al-Kaida nie zawłaszczyli pogrążonego w wojnach wszystkich ze wszystkimi Afganistanu, nikomu z przywódców Zachodu ten stan rzeczy nie spędzał snu z powiek.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':