Dzień dobry. Pan Wiktor Żwikiewicz? Jesteśmy dziennikarzami z "Gazety Wyborczej".
- Ona ciągle wychodzi? To miło. W innym życiu nosiłem komputery z Regionu Mazowsze do waszej pierwszej redakcji.
Chcieliśmy się umówić na wywiad.
- Kiedy?
Jutro?
- To takie pilne?
Święta się zaraz zaczynają...
- Jakie święta?
Wielkanoc.
- Myślałem, że już była.
To możemy przyjechać? O której by pasowało?
- Przyjechać możecie o każdej, bo ja nigdzie nie wychodzę.
***
Osiedle budynków socjalnych - zrujnowane ponadstuletnie czworaki na przedmieściu Bydgoszczy. Pranie na sznurach, trochę śmieci, pijany sąsiad pokazuje nam właściwe drzwi.
To my, panie Wiktorze. Może pójdziemy na spacer, bo tutaj trochę słabo pachnie, a pogoda śliczna.
- Nie ma mowy! Po spacerze chce się jeść. A ja nie mam ani jedzenia, ani na jedzenie.
Jest pan głodny?
- Do ścisłej diety można się przyzwyczaić. W ostatnie święta miałem już tylko pół szklanki bułki tartej. Rozrobiłem z wodą i zjadłem. Potem starałem się jak najdłużej spać. Przespałem prawie cztery tygodnie. Piłem kawę z cukrem i z powrotem do łóżka. Doturlałem się tak do zasiłku.
115 zł socjalnego dostaję na miesiąc. Da się żyć, o ile człowiek ceni sobie uroki nędzy. Długi za prąd - prędzej czy później - jakiś kolega z dawnych czasów zapłaci. Ostatnio przyjaciel, profesor, doładował mi komórkę, dostałem ją po innym znajomym. Ale nigdzie nie dzwonię, tylko odbieram. Zresztą prawie że nikt nie telefonuje. Czasem zajdzie któryś z sąsiadów. Na przykład poczęstować mnie papierosem, bo akurat ma paczkę. Fajni ludzie tu są.
Po eksmisjach.
Źródło: Duży Format