http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Populizm dręczy Europę

Jacek Pawlicki
2011-04-21, ostatnia aktualizacja 2011-04-21 11:07

Timo Soini, przywódca partii Prawdziwi Finowie, która odniosła właśnie wielki sukces wyborczy
Timo Soini, przywódca partii Prawdziwi Finowie, która odniosła właśnie wielki sukces wyborczy
Fot. Martti Kainulainen AP

Jesteś Holendrem, Finem, Szwedem i chcesz władzy? Wsłuchaj się w głos ludu, atakuj muzułmanów i imigrantów, przeklinaj globalizację, no i oskarżaj Unię Europejską, o co ci się żywnie podoba

Zaczęło się prawie 10 lat temu od Pima Fortuyna, holenderskiego profesora i polityka. To on zaczął opowiadać Holendrom to, co chcieli usłyszeć, a czego nie mogli dotąd powiedzieć im politycy partii głównego nurtu.

Po pierwsze, że imigranci to kupa darmozjadów. Po drugie, że "wszyscy mają już dość arabskich oprychów okradających ludzi na ulicach". No i że "czas zrobić porządek z tymi, którzy od pokoleń żyją na naszym garnuszku, w naszym mieście, a nie nauczyli się jeszcze holenderskiego...".

Do tego Fortuyn dorzucił kolorowy styl, łatwość w mówieniu, trafianie do serc i polityczną ekstrawagancję - ogolona na łyso głowa, pstrokate marynarki. Wszystko to, na co dotychczasowi politycy - sztywniacy w garniturach - nigdy nie mogli sobie pozwolić. Tak bardzo przemówiło to do Holendrów, że gdyby nie kule fanatycznego zamachowca (obrońcy praw zwierząt), które śmiertelnie raniły Fortuyna w maju 2002 r., zostałby on być może premierem Holandii.

Po Fortuynie nastał czas jego pogrobowców odwołujących się do haseł i stylu mistrza, choć twórczo rozwijających jego nauki. W Holandii jeden z nich zaszedł daleko - Geert Wilders, były liberał, szef ksenofobicznej Partii Wolności, polityk z charakterystyczną bujną jasną czupryną, odniósł niezwykły sukces. Dziś od głosów jego partii zależy holenderska koalicja. Rządzącym nie przeszkadza to, że Wilders porównywał islam do faszyzmu i nawoływał do deportowania muzułmańskich imigrantów z Holandii.

Polityk ten z powodzeniem sięgnął też po antyeuropejską kartę - domagał się rozwiązania Parlamentu Europejskiego (choć wprowadził do niego swoich eurodeputowanych), był przeciwnikiem traktatu lizbońskiego i krytykował decyzję o przyjęciu do UE Bułgarii i Rumunii, portretując je jako odstające od reszty Europy skorumpowane twory. Znalazł wielu Holendrów, którzy myśleli podobnie jak on.

Populizm nie jest w polityce nowym zjawiskiem, podobnie jak eurosceptycyzm. O ile eurosceptycy starej daty, ukształtowani na modelu Margaret Thatcher walącej torebką na szczycie Unii, wymierają, o tyle nowa generacja umiejętnie rośnie w siłę. Wykorzystują oni zmęczenie obywateli integracją (po angielsku nazywa się to european fatigue), wyalienowanie unijnych instytucji i kryzys strefy euro.

Europa w kryzysie staje się bezbronnym celem ataków tej nowej generacji populistów. O ile oni udają, że są blisko ludu, mówiąc o jego problemach i rozterkach - bezrobociu, konkurencji - o tyle elitarna Unia jest daleko, zajmuje się trudnymi do zrozumienia sprawami, jak dyrektywy, budżet, przetasowania instytucjonalne.

Antyeuropejski populizm triumfuje.

Ostatnio Finowie - jako kolejne społeczeństwo Europy po Irlandczykach, Holendrach, Portugalczykach i Grekach - posłuchali głosu populistów i odwrócili się plecami do Unii Europejskiej. Tak należy interpretować nieprawdopodobny sukces wyborczy eurosceptycznej partii Prawdziwi Finowie.

Umiejętnie grając na niechęci Finów do tradycyjnej polityki i zmęczeniu integracją, populiści zdobyli 39 mandatów w 200-osobowym parlamencie. Dotąd mieli zaledwie 5! Pomógł w tym szef partii Timo Soini, fiński brat łata mówiący o przyziemnych sprawach prostym językiem, tęgawy - ot, takie fińskie wcielenie Pima Fortuyna.

Choć nowym premierem Finlandii zostanie przyjazny Unii liberał Jyrki Katainen, Europa będzie miała problem z jego rządem. Chcąc nie chcąc, Katainen będzie musiał wziąć pod uwagę antyeuropejski program Prawdziwych Finów i biorącą się z oportunizmu niechęć do Unii socjaldemokratów, z którymi przyjdzie mu współrządzić. Choć Finlandia zapewne nie zablokuje pomocy finansowej dla Portugalii, Brukselę czekają nerwowe rozmowy z Finami.

To wszystko dziwi, bo Finlandia nie sprawiała dotąd kłopotów UE. Była prymusem w przyjmowaniu europejskich praw i regulacji, stawiano ją wręcz za wzór udanej integracji europejskiej. Ale czy nie przeżyliśmy już podobnego szoku, kiedy - zdawałoby się - proeuropejscy Irlandczycy dwa razy z rzędu odrzucali w referendach kluczowe unijne traktaty - ten z Nicei w czerwcu 2001 r., a traktat z Lizbony w czerwcu 2008 r.?

Finlandia nie jest odosobnionym przypadkiem choroby, którą nazwałbym europejską demencją. Objawia się ona zmęczeniem Unią i zapominaniem, jak wiele się jej zawdzięcza, a kończy ostrym resentymentem. Korzystają z niej populiści.

Przyczyny demencji są różne: od kryzysu gospodarczego, który podważył zaufanie do UE i euro, poprzez niechęć do imigracji i rozszerzenia Unii, po oportunizm rodzimych rządzących, którzy zgodnie z przyjętym w Europie złym obyczajem obwiniali za własne błędy Brukselę.

W Finlandii doszła do tego wielka frustracja biorąca się z narzucenia euro przez elity polityczne bez pytania obywateli o zdanie, podczas gdy skandynawscy sąsiedzi, Szwedzi i Duńczycy, otrzymali szansę odrzucenia wspólnej waluty w referendach - i to zrobili.

Na europejską demencję odporne są na razie niektóre nowe kraje członkowskie, takie jak Polska czy Rumunia, ale pewnie dlatego, że choroba ta przychodzi z wiekiem. Populizm podszyty ksenofobią zawitał także do nowych członków - najlepszym przykładem są Węgry, gdzie skrajnie prawicowy i antyromski Jobbik jest trzecią siłą w parlamencie.

Za pięć, dziesięć lat, podobnie jak Finowie, również my, Polacy, możemy zacząć zapominać. A kiedy zachoruje cała Europa, skutki mogą być opłakane.

Demencji zapobiec nie można, można natomiast spowolnić jej proces. Trzeba do tego wysiłku całej Unii - rządów, organizacji pozarządowych, mediów i autorytetów. Integrację należy wziąć pod ochronę jak zagrożony gatunek, trzeba uczyć społeczeństwa, jak korzystać z jej dobrodziejstw, a politycy i media muszą zrozumieć, że antyeuropejski populizm jest krótkowzroczny.

Unia Europejska jest jak demokracja - niedoskonała, ale nikt nic lepszego nie wymyślił. Populizm jest może skuteczną metodą na awans w polityce, ale nigdzie nie doprowadził do załatwienia problemów zwyczajnych ludzi. Lekiem na bezrobocie czy starzejące się społeczeństwa nie jest bowiem izolacja, ograniczanie imigracji, tylko większe otwarcie, liberalizacja i integracja prowadząca do poprawy konkurencyjności.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':