Jakie informacje chce zbierać ministerstwo? Imię, nazwisko, PESEL, a potem po kolei kariera w edukacji każdego polskiego obywatela: jakie przedszkole skończył, jaką szkołę, oceny, informacje, czy przeszedł do następnej klasy, a jak nie, to z jakiego przedmiotu oblał. A także z jakiego był dobry. Jakiego języka się uczył, czy korzystał z zasiłku lub stypendium, a także czy korzystał z pomocy psychologa.
MEN interesuje nawet, czy i kiedy uczeń zdobył kartę rowerową.
I o to jest awantura. Stowarzyszenia rodziców oraz opozycja grożą wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego. Buntują się organizacje pozarządowe, które czuwają nad bezpieczeństwem w sieci i chcą chronić obywateli przed nadmierną ingerencją państwa.
Jest w tych zarzutach wiele prawdy. Bo po co ministerstwu te dane? MEN chce analizować losy polskich uczniów. Czy na przykład lepiej wiedzie się tym, którzy są dobrzy z matematyki? Czy jeśli ktoś pochodzi z miasta, uczy się lepiej, czy gorzej niż rówieśnik ze wsi? Co się dzieje z uczniami słabo przystosowanymi, którzy zgłaszają się do psychologa - jak sobie radzą z nauką?
Ale przede wszystkim MEN chce ograniczyć swoje straty finansowe. To według danych SIO samorządy dostają z budżetu pieniądze na utrzymanie szkół i pensje nauczycieli. Tylko że aktualny System Informacji Oświatowej w MEN jest dziurawy. Informacje do systemu wprowadzają szkoły i robią w nich błędy - czasem jeden uczeń istnieje w bazach kilku szkół, bo do kilku się zapisał, choć nie w każdej się uczy. MEN płaci za uczniów wirtualnych i traci na tym po kilkadziesiąt milionów rocznie (kiedy resort to wykryje,
szkoła musi zwracać subwencję).
Zadanie dla nowego systemu brzmi: uszczelnić bazę! To dlatego MEN chce zbierać dane o uczniach z PESEL-ami, a nie - jak dotąd - anonimowo "na sztuki".
To dlatego
Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych zgodził się na tę ustawę.
GIODO przekonuje, że dane uczniów będą na każdym etapie tajne, dostęp do nich będzie miała wyselekcjonowana grupa ludzi. A co ważniejsze - po pięciu latach od ukończenia edukacji informacje o uczniach będą wymazywane.
Czy to wystarczy, żeby ukoić lęki rodziców i uczniów przed wyciekiem danych?
Według mnie - nie wystarczy. Nie przekonuje mnie zapewnienie wiceminister Lilli Jaroń, która powiedziała mi, że urzędnicy nie będą do bazy zaglądać. Tylko będą z niej czerpać anonimowe statystyki.
Nie do takich baz włamywali się hakerzy. A jeśli ustawa wejdzie w życie, w bazie MEN znajdzie się każdy, kto teraz chodzi do szkoły, każdy, kto się dopiero do niej wybierze, a potem każdy, kto się w tym kraju urodzi. Łatwo sobie wyobrazić dziesiątki sytuacji, w których informacja z SIO może się komuś przydać. Dlatego uważam, że MEN powinno zrezygnować z części danych. Zostawić tylko te, które są niezbędne do utrzymania systemu edukacji w porządku. Po co informacja o kłopotach ucznia w nauce, po co statystyki z wizyt u psychologa? Naprawdę wierzę, że rodzice zaczną to przed szkołą ukrywać. Czy dorośli, którzy pracują w MEN, mogą uczciwie powiedzieć, że sami podaliby o sobie każdą z tych informacji do centralnej bazy danych? Ja bym nie podała.