http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Szczęściarz" faworytem wyborów w Nigerii

Remi Adekoya, Wojciech Jagielski
2011-04-17, ostatnia aktualizacja 2011-04-17 16:13

Nigeryjczycy boją się, by sobotnie wybory prezydenckie - pierwsza od niepamiętnych czasów uczciwa elekcja - nie obudziła trapiącego ich od lat upiora waśni między muzułmańską północą i chrześcijańskim południem kraju.

ZOBACZ TAKŻE
W Nigerii, najludniejszym kraju Afryki, wybory fałszowano zarówno, gdy krajem rządzili dyktatorzy w generalskich mundurach, jak i po 1999 r., gdy wojskowych odsunięto od władzy. Ostatnie wybory z 2007 r., które wygrał Umaru Musa Yar'Adua (zmarł w maju zeszłego roku), uznano za najgorsze w historii.

Aby zmienić fatalną opinię, jaką rządzący cieszą się w Nigerii, prezydent Goodluck Jonathan obiecał, że tym razem głosowanie będzie uczciwe - choćby nawet miał je przegrać. I wygląda na to, że dotrzymał słowa.

Wybory przebiegły spokojnie, tym razem wszystkie lokale otwarto o czasie, a wcześniej dowieziono do nich urny i karty do głosowania. Zgodnie z nową ordynacją głosy liczono już w lokalach wyborczych, a nie jak dotąd - w stanowych i regionalnych metropoliach, co ułatwiało oszustwa.

- Mam nadzieję, że jesteśmy świadkami, jak afrykański kolos staje na nogi i zaprowadza wreszcie u siebie porządek - orzekł były prezydent Botswany Festus Mogae, który zjechał do Nigerii nadzorować wybory jako przedstawiciel Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Nigeria, będąca obok RPA drugim regionalnym mocarstwem subsaharyjskiej Afryki, od lat uchodzi za symbol afrykańskich rozczarowań i bolączek. Nękana od pierwszego dnia niepodległości przez etniczne, religijne i regionalne wojny, wojskowe zamachy stanu, już pod koniec lat 60. stała się areną ludobójczego konfliktu, w którym zginęło ponad milion osób. W latach 70. zyskała złowrogą sławę kraju przeżartego przez korupcję. Szacuje się, że w pół wieku rządzący Nigerią wojskowi i cywile ukradli z państwowego skarbca prawie 500 mld dol.

Skarbem i przekleństwem Nigerii stała się ropa naftowa, której miejscowe złoża należą do najbogatszych na świecie. Przekupywani przez zachodnich nafciarzy nigeryjscy dygnitarze zawłaszczali sobie państwo, traktując je jako łup. W rezultacie Nigeria liczy sobie dziś najwięcej w całej Afryce milionerów, ale i najwięcej biedaków. A im większe fortuny zbijają politycy, ich kuzyni i przyjaciele, tym większą biedę klepią ich rodacy.

W ciągu ostatniego ćwierćwiecza przepaść między bogatymi i biednymi wyłącznie się powiększa, a liczba nędzarzy żyjących za dolara dziennie wzrosła do trzech czwartych ludności ponad 150-milionowego kraju. Sytuacji nie zmieniło odsunięcie od władzy skorumpowanych wojskowych ani naftowy boom z ostatnich lat. Nigeryjscy bogacze, a także rosnąca klasa średnia, opływają w dostatki, biedota zaś musi obchodzić się bez szpitali, szkół, a nawet bieżącej wody czy prądu - jak w najbiedniejszych krajach świata.

Uzdrowienie kraju z raka korupcji obiecywał już Olasegun Obasanjo, dawny wojskowy tyran, który w 1999 r. już jako cywil odebrał władzę wojsku. Jego ośmioletnie rządy przyniosły jednak prawie same rozczarowania. Zamiast reformować kraj, Obasanjo zajmował się głównie umacnianiem własnej władzy.

Zawodem okazał się też Umaru Musa Yar'Adua, namaszczony przez Obasanjo na następcę tronu. Choć cieszył się opinią człowieka uczciwego i skromnego, doszedł do władzy w wyniku oszukanych wyborów, a słabowite zdrowie sprawiło, że zamiast rządzić, spędzał czas na leczeniu w szpitalach. Gdy umarł, prezydentem został jego zastępca, nieznany w kraju 53-letni cichy uczony - zoolog Goodluck Jonathan, przedstawiciel ludu Ijaw z roponośnej delty Nigru.

W Nigerii rządzonej na przemian przez muzułmańskich arystokratów, generałów z muzułmańskiej północy kraju lub bogatych Jorubów z południowego-zachodu, Jonathan został pierwszym w historii prezydentem wywodzącym się z południowego-wschodu, dawnej Biafry.

Już wyniesienie go na urząd tymczasowego prezydenta po śmierci Yar'Aduy wywołało spory. Według niepisanej umowy nigeryjskich polityków po dwóch kadencjach Joruby Obasanjo miała przyjść kolej na dwie kadencje przedstawiciela Północy. Jej przywódcy uważali, że po śmierci Yar'Aduy jego następcą powinien zostać jeden z nich.

Prezydenturę Jonathana i jego pretensje do reelekcji wielu z Północy uznało za złamanie umowy o rotacji władzy. Aby załagodzić gniew, stając do wyborów, Jonathan obiecywał, że będzie rządzić tylko przez jedną kadencję. Nie powiedział jednak, komu odda władzę - przedstawicielowi muzułmanów czy może któremuś z Jorubów twierdzących, że po ośmiu latach znów przychodzi ich kolej sprawowania rządów.

Ogromna większość Nigeryjczyków zniechęconych do polityków nie tylko nie uważa jednak Jonathana za intruza, ale widzi w nim najlepszego z potencjalnych władców. Rodacy szybko przekonali się do prezydenta, którego kariera przypomina historię typu "z pucybuta na króla".

Imię Goodluck oznacza "szczęściarz", a jego posiadaczowi fart towarzyszy rzeczywiście przez całe życie. Syn biednego rybaka został naukowcem, a jako osobie o nieposzlakowanej opinii w 1998 r. zaproponowano mu, by ubiegał się o posadę wicegubernatora rodzinnego stanu Baylelsa. Gubernator, który wygrał wybory dzięki głosom zebranym przez Jonathana, został zwolniony za złodziejstwo, a jego miejsce zajął "Szczęściarz". W 2007 r. uczciwość Jonathana ułatwiła Yar'Adui wygraną w wyborach prezydenckich, a kiedy umarł, "Szczęściarz" sam został niespodziewanie prezydentem.

Nigeryjczyków ujęła jego uczciwość i skromność. W sobotnich wyborach Jonathan był faworytem, mimo że jego Ludowa Partia Demokratyczna, która od 1999 r. rządzi Nigerią, zebrała tęgie lanie od opozycji w zeszłotygodniowych wyborach parlamentarnych, choć zachowała władzę.

Aby zostać prezydentem w pierwszej turze, trzeba nie tylko zdobyć najwięcej głosów, ale uzyskać co najmniej 25 proc. poparcia w 24 z 36 stanów kraju. Jonathan wygrywał na chrześcijańskim południu kraju, ale na muzułmańskiej północy głosy zdobywał jego główny rywal, 69-letni były wojskowy dyktator gen. Muhammadu Buhari, uchodzący za ascetę, religijnego fundamentalistę (ale nie fanatyka) i nienawistnego wroga korupcji.

O ile jednak Jonathan ma też wielu zwolenników na północy, Buhari na południu nie ma co liczyć na głosy. Może się okazać, że zdobędzie nawet więcej głosów niż Jonathan (frekwencja na północy była wyjątkowo imponująca), ale nie znajdując poparcia w całym kraju, przegra z nim elekcję.

Zwolennicy Buhariego z muzułmańskiej północy mogą uznać to za oszustwo i podłą zdradę podstępnych chrześcijan z południa, a wyborczy maraton, który zakończą za tydzień wybory gubernatorskie, nie będzie już przebiegał tak spokojnie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':