Można. Zrównanie polskiego premiera i prezydenta ze Stalinem, oskarżenie ich o ludobójstwo, swastyka oraz sierp i młot wpisane w ich imiona, znak równości między zbrodnią w Katyniu i smoleńską tragedią stanowiły dekorację dla wyznania
PiS-owskiej wiary wygłaszanego w niedzielę przez jej proroka, wodza PiS-owskich zastępów.
Te obelżywe dekoracje, gniewne hasła i przemowy mają przymusić Polaków do kultu Lecha Kaczyńskiego. Wymusić na naszym państwie, by kult ten oficjalnie zaakceptowało. I postawiło w Warszawie pomnik zmarłego prezydenta.
Nie ma żadnego powodu temu żądaniu ulegać. Nie ma powodu godzić się na to, by licytacja na zniewagi i potwarze, by uprawiana przez Jarosława Kaczyńskiego i jego wyznawców nienawistna idolatria symbolicznie zwyciężyła nad demokratyczną, cywilizowaną Rzecząpospolitą.
Lech Kaczyński był kiepskim prezydentem miasta i państwa. Jego zasługą dla stolicy pozostanie Muzeum Powstania Warszawskiego, ale niewiele więcej; jego administrowanie cechowały niekompetencja, zastraszanie urzędników, bierność w dziedzinie pożytecznych miejskich inwestycji. W roli głowy państwa nie osiągnął niczego istotnego i trwałego; wyrządził za to sporo szkód. Paraliżował rząd, wetując niezbędne reformy, patronując PiS-owskiej polityce partyjnej, skłócając Polskę z sąsiadami. Podziw i szacunek wzbudziła jego wyprawa w sukurs pognębionej przez Rosję Gruzji; ale próba zmuszenia pilota do lądowania w Tbilisi była nieodpowiedzialna, a uznanie pilota za "lękliwego" - okrutne.
Mimo to Lech Kaczyński został pierwszym polskim prezydentem pochowanym na Wawelu. Decyzję tę podjęto - jak pisaliśmy rok temu w "Gazecie" - w patriotycznym uniesieniu, pod wpływem tragedii, współczucia dla rodziny. Bez narodowej dyskusji i uzyskania szerokiej społecznej zgody - co byłoby właściwe, jeśli prezydent ma spocząć pośród świętych, bohaterów, królów i wieszczów, których znaczenie dla naszej historii i kultury potwierdziło wiele polskich pokoleń.
Postawienie pomnika Lechowi Kaczyńskiemu w Warszawie oznaczałoby, że albo powszechnie czcimy jego wybitne zasługi, albo uznajemy, że poległ męczeńską śmiercią w walce o wolną Polskę - tak jak chce PiS i inni wyznawcy kultu. Oznaczałoby więc, że godzimy się na usankcjonowanie historycznego kłamstwa - że Lech Kaczyński był ofiarą mordu z powodu swego patriotyzmu. I że nadajemy wielki, uwznioślający sens katastrofie, która żadnego sensu nie miała. Przeciwnie - jest symbolem przerażającego absurdu, który żadnej chwały Polsce nie przynosi.
Dlatego nie należy ustępować przed symboliczną przemocą narzucaną nam przez zwolenników "państwa PiS".