http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zupełnie jak ludzie, Funky

Wojciech Orliński
2011-04-12, ostatnia aktualizacja 2011-04-11 20:29

Skarb polskiej popkultury Funky Koval jest bliski bohaterom najnowocześniejszych komiksów Ameryki - poradziłby sobie w "Sin City", uratowałby Nowy Jork w "Strażnikach"

Funky Koval
Kochanie, jedziemy do Hollywood
Funky Koval
''Funky Koval'' Maciej Parowski, Jacek Rodek, rys. Bogusław Polch, Prószyński i s-ka, Warszawa

Najlepszą próbą dla popkultury jest próba czasu. Dotyczy to zwłaszcza science-fiction, bo nic nie starzeje się tak szybko jak próby przewidywania przyszłości. Komiks o Funky Kovalu zniósł tę próbę znakomicie.

Stan wojenny zadał potężny cios polskiemu komiksowi, niemalże śmiertelny. W czasach uzbrojonych po zęby patroli ZOMO nie miało już sensu budowanie sympatii do milicji opowieściami o kapitanie Żbiku. Zamknięto znakomicie się rozwijające w latach 70. pismo "Relax". Kontrola korespondencji utrudniała współpracę z najlepszymi w Europie belgijskimi wydawcami.

Grzegorza Rosińskiego pchnęło to do emigracji - bo przecież Thorgala rysować można wszędzie. Z kolei Bogusław Polch, który tak jak wcześniej Rosiński rysował "Żbika" oraz z powodzeniem współpracował z Belgami, został w kraju.

Polityka nigdy go przesadnie nie interesowała, ale znów zadziałał ten przeklęty greps, zawsze aktualny w naszej długości geograficznej: nie musisz się interesować polityką, wystarczy, że polityka interesuje się tobą. W tym wypadku postawiła Polcha w frustrującej sytuacji: był już artystą uznanym i z dorobkiem, ale nagle zredukowanym do roli debiutanta, który musi sobie wydeptywać ścieżki i szukać kanałów publikacji.

Zaowocowało to twórczym gniewem i inspirującą frustracją, które - jak się okazało - świetnie współgrają z entuzjazmem Macieja Parowskiego i Jacka Rodka, którzy z kolei w świecie komiksu mieli stawiać dopiero pierwsze kroki. Polch nadał konkretny kształt ich luźnym planom komiksu o kosmicznym detektywie, który miał się nazywać Punky Rock - przede wszystkim wymyślił jego brzmiące z polska nazwisko.

To był istotny wyłom w polskiej fantastyce, w której przez poprzednie dwadzieścia parę lat panował zwyczaj nadawania bohaterom dystopijnych wizji przyszłości nazwisk brzmiących z angielska, żeby akcję ponurej opowieści można było umieścić w jakimś uogólnionym anglojęzycznym kraju kapitalistycznym, który może jest, a może nie jest, Ameryką.

Tak robili Lem, Zajdel, Parowski, Wnuk-Lipiński. Ten ostatni wspominał, że pierwotny maszynopis "Wiru pamięci", w którym bohaterowie mieli polskie imiona, cenzor zwrócił mu, sugerując zmianę na angielskie. Bo to nawet nie była gra na "oszukanie cenzora", tylko gra na danie cenzorowi szansy.

Oczywiście, podstawowym paradoksem tej niby-Ameryki w polskiej fantastyce był właśnie całkowity brak ludzi o nazwiskach typu "Kowalski" czy "Nowak". W prawdziwej Ameryce - tyglu kultur - ktoś taki przecież musi się w końcu pojawić, tak jak ktoś o nazwisku O'Hara czy McLuhan.

Tym prostym posunięciem - nadaniem bohaterowi nazwiska Funky Koval - Polch zmienił go w kogoś, kto jest "naszym człowiekiem w przyszłości". Funky w dekadenckiej przyszłości zachował nasz swojski zdrowy rozsądek i choćby dlatego instynktownie trzymamy za niego kciuki, nawet gdy zbacza na złą drogę.

A tutaj Funky Koval znów wyprzedzał swoje czasy. Amerykańskie komiksy dogorywały wtedy w schyłku tzw. epoki brązu. W złotej (od lat 30. do 50.) wymyślono superbohaterów. W srebrnej (do lat 70.) branżowa cenzura, do której "dobrowolnego" wprowadzenia zmuszono wydawców w czasach maccartyzmu, spowodowała kodyfikację gatunków tam, gdzie przedtem panowało pełne bezhołowie. W brązowej gatunek się spetryfikował - powielano w kółko te same schematy. Dopiero w połowie lat 80. za oceanem zaczęła się rewolucja, którą przyniosły rewidujące kanon gatunku komiksy Franka Millera i Alana Moore'a. Za jej sprawą rozpoczęła się epoka zwana szumnie "diamentową", skromniej zaś - współczesną.

Niezwykłym paradoksem Funky Kovala jest to, że kiedy polscy twórcy bawili się z polskim cenzorem w "przemycanie" karykatury Jerzego Urbana, to jednocześnie w Ameryce ich komiks nie miałby szans w starciu z urzędem Comics Code Authority.

W prawdziwej Ameryce na początku lat 80. z komiksu musiałyby wylecieć sceny pokazujące bohatera z butelką whisky, bohatera gapiącego się na czyjś biust, bohatera robiącego wulgarne gesty, oddającego się promiskuityzmowi czy też odlatującego pod wpływem narkotyku w erotyczną fantazję z fetystycznym smaczkiem. Tam, paradoksalnie, prawo do umieszczania takich wątków w komiksach wywalczono mniej więcej równocześnie z naszym prawem do krytykowania Jerzego Urbana.

Funky Koval, z wszystkimi swoimi przywarami, jest więc bliski najnowocześniejszym komiksom amerykańskim - poradziłby sobie w "Sin City" (zwłaszcza w dzielnicy rozpusty!), uratowałby Nowy Jork w "Strażnikach", skopałby tyłki w "Kick Assie". Często, gdy piszę o popkulturze PRL, najbardziej zdumiony jestem tym, że jej twórcom udawało się jakoś trzymać rękę na pulsie światowych trendów - od których teoretycznie byli odgrodzeni żelazną kurtyną, barierą walutową i paszportowym widzimisię funkcjonariuszy MSW.

Gdy czyta się ten komiks jednym ciągiem, też jednak widać w nim kolejne fazy. Najpierw trio Parowski-Rodek-Polch musiało się dotrzeć we własnym gronie, bo chyba jeszcze sami nie byli pewni, co właściwie chcą nam opowiedzieć. W pierwszych odcinkach pojawia się zapowiedź czegoś, co wyglądało na beztroskie przygody kosmicznego detektywa - w każdym odcinku rozwiązującego inną intrygę. Te odcinki ukazywały się w "Fantastyce" w latach 1982-83. Odpowiada im wznowiony właśnie album "Bez oddechu". Zdecydowanie najlepszy jest następny tom "Sam przeciw wszystkim" powstający w latach 1985-86. Tutaj mamy już wyraźną oś intrygi, w której w dodatku wracają różne wydarzenia z wcześniejszych epizodów.

Okazuje się, że ludzkość staje w obliczu niejawnej próby inwazji ze strony obcej rasy - potężnej, ale z jakichś przyczyn wymierającej (wiemy o nich tyle, ile nam sami o sobie zechcą powiedzieć - a tu ciężko odróżnić prawdę od celowej dezinformacji). Drolle potrzebują naszej współpracy i naszych zasobów, więc zamiast zaatakować nas wprost - przenikają w nasze struktury władzy przez intrygi, korupcję, a nawet duplikaty realnych ludzi.

Choć mieliśmy tutaj czytelne aluzje do polskiej polityki w schyłkowym PRL, to jednak powstała ponadczasowa opowieść o błędnym kole intrygi i podejrzliwości, w której nie wiadomo kto jest kim, więc trzeba spiskować, więc tym większy jest strach przed spiskiem drugiej strony. Zachowała świeżość po ćwierć wieku - zachowa ją i przez następną ćwiartkę (niestety zresztą).

W kolejnym tomie - "Wbrew sobie", powstającym już po upadku PRL - Funky Koval staje twarzą w twarz ze swoim własnym podsuniętym przez drolle duplikatem. Zwróćmy uwagę, że polscy komiksiarze znowu wstrzelili się idealnie w światowe trendy, wyprzedzając o kilka lat falę fantastyki inspirowanej twórczością Philipa K. Dicka, który uwielbiał takie fabularne intrygi. Nie ma tu już jednak tego gniewu i frustracji, które tak twórczo inspirowały trio Parowski-Rodek-Polch. Twórcy zachłysnęli się brakiem cenzury i polityczne aluzje umieszczali bez opamiętania - dowcip polega tu na tym, że ktoś powiedział "siła spokoju", a ktoś inny znalazł się właśnie w miasteczku o nazwie Twinducks. Z klimatów bliskich "Sin City" przenieśliśmy się niepokojąco blisko niesławnego "Polskiego zoo".

W czwartym tomie - drukowanych właśnie w "Nowej Fantastyce" - twórcy dołożyli kolejną warstwę przekładańca. Dotąd polskie korzenie Kovala sugerowało tylko jego nazwisko. Teraz skanowanie podświadomości przez cyberpsychiatrów pokazuje, że kontakt z obcą cywilizacją kojarzy się Funky'emu ze wspomnieniem swoich pradziadów, czyli grabieżą Polski przez Armię Czerwoną.

Tym odkryciem najbardziej zaskoczone wydają się drolle - które jakby dopiero teraz odkrywają, że powstały w peerelowskim komiksie jako alegoria pewnego totalitarnego mocarstwa. Bo czy właściwie drolle są złe, czy tylko źle rozumiemy ich intencje - to ciągle pozostaje największą zagadką tej serii.

Do najpopularniejszych cytatów z Funky Kovala należą słowa, których nie wypowiada główny bohater, tylko tajemniczy droll - Yarps Dritt' Adr Atta. Mówi, że drolle są dobre i złe - "zupełnie jak ludzie, Funky" (to ostatnie funkcjonuje w polskim internecie jako samodzielne powiedzonko).

Nie wiem jeszcze, jak skończy się czwarty tom, ale sytuacja zmierza w stronę fabularnego wyjaśnienia zagadki drolli. Mam nadzieję, że Parowski, Rodek i Polch nie zepsują narodowego skarbu naszej popkultury i nie zafundują nam zakończenia psującego dobre wrażenie, jakie wiąże się z tym cytatem!

Dowiemy się jesienią, gdy ma się ukazać czwarty tom (drugi jeszcze przed wakacjami, a trzeci - w sierpniu).

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':