SLD chce odwołać ministra finansów Jacka Rostowskiego.
PiS nie chce, by jego posłowie podpisywali wniosek, i odpowiada wotum nieufności wobec ministra skarbu państwa Aleksandra Grada.
SLD urządza w Sejmie trzy konferencje prasowe. PiS urządza cztery, w tym jedną z udziałem prezesa.
Prezes PiS
Jarosław Kaczyński idzie na zakupy do sklepu i protestuje przeciwko drożyźnie. Czołówka SLD robi konferencję prasową na stacji benzynowej, gdzie grzmi przeciwko drogim paliwom.
Kaczyński przedstawia "Raport o stanie Rzeczpospolitej" - w którym maluje obraz klęski i zapaści. SLD... No właśnie, jak odpowie SLD?
Niby oba ugrupowania atakują rząd Donalda Tuska, ale chodzi o coś zupełnie innego. Za plecami PO trwa ostra walka: kto przed wyborami parlamentarnymi stanie się liderem sprzeciwu społecznego - PiS czy SLD. Czy twarz ludowego mściciela przeciwko bezeceństwu władzy przybierze rysy Jarosława Kaczyńskiego, czy Grzegorza Napieralskiego.
Z punktu widzenia taktyki wyborczej może mieć to pierwszorzędne znaczenie. Wszystko wskazuje na to, że jesienne wybory odbędą się według zasady "wszyscy przeciwko PO". A najlepszy wynik wyborczy zyska ten, kto potrafi skanalizować społeczne niezadowolenie z rządzących i przekuć je na swój oręż.
Z tego rodzaju taktyki korzystało już w przyszłości wiele ugrupowań. SdRP w 1993 r. wyzyskało kryzys społeczny i rozłamy w obozie "Solidarności". Siła społecznego sprzeciwu wobec "tych, którzy rządzą" dała się mierzyć popularnością Samoobrony.
Kaczyński i Napieralski zdają sobie sprawę, że mają niewielkie szanse w rywalizacji na kompetencje i medialną zręczność z Tuskiem. Mogą liczyć na to, że ktoś będzie chciał zagłosować na nich z nienawiści do Tuska i w ogóle do wszystkich rządzących.
Z tego punktu widzenia punkty zyskuje nie ten przywódca, który byłby najbardziej kompetentny w rządzeniu krajem, ale ten, wobec którego istnieje pewność, że kompetentnie "dokopie".
Potencjał społecznego niezadowolenia istnieje. To nie tylko lekko zblazowani celebryci, wśród których publicyści popierający PiS prowadzą nabór - kto jest zawiedziony rządami Platformy. Groźniejsi są ci wyborcy, którym udało się wpoić przekonanie, że rząd zabiera emerytury, i ci, którzy codziennie w sklepach pomstują na wzrost cen żywności.
Na razie pewną przewagę ma Kaczyński. Jest zdecydowanie aktywniejszy. Widać, że sam stara się mniej lub bardziej sprawnie walczyć z wizją polityka jednego - smoleńskiego - tematu.
Napieralskiemu trudno będzie znów stosować metodę z wyborów prezydenckich - "biją się dwie partie prawicowe, a SLD chce pracować dla Polski". Ma jeszcze ten problem, że większość jego elektoratu skłania się do przyszłej koalicji z PO.
Ma za to jednak atut. To jemu łatwiej będzie trafić do młodego elektoratu niźli PiS i mocno już ustatkowanej Platformie. A tu jest największy niewykorzystany rezerwuar głosów, wzmocniony dodatkowo wzrastającym bezrobociem wśród młodzieży. Łatwiej też mu zaatakować bezpośredniego konkurenta - PiS i Jarosława Kaczyńskiego, który najpierw angażował się w zwalczanie Sojuszu, a w czasie kampanii wyborczej wychwalał Gierka i Józefa Oleksego.
Na tej rywalizacji może zyskać PO. Pozostaje w centrum uwagi jako jedyna "poważna" siła polityczna. Kolejne debaty nad odwołaniem ministrów dają jej też okazję do pochwalenia się prawdziwymi lub wymyślonymi sukcesami.
Wiele wskazuje na to, że w Polsce może się przyjąć na dłużej dwubiegunowy system polityczny. W wyścigu PiS - SLD chodzi o to, że partia, która go przegra, będzie w polskim parlamencie nie "trzecią", ale "nieistotną".