Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Pierwszy szok minął. Oskarżenia o współpracę z
SB, jakie dotknęły najwybitniejsze postacie „Tygodnika Powszechnego” i środowiska Znak, zdążyły się osłuchać. Na temat książki Romana Graczyka „Cena przetrwania?” padły najgorętsze słowa zachwytu i najostrzejsze słowa potępienia. Aleksander Kaczorowski wieścił w „Newsweeku”, że praca ta „nie wstrząśnie z posad bryły świata. Ona go rozwali na kawałki”. Marcin Król wyrokował w tygodniku „Wprost”: „Graczyk opluwa żywych, a pamięć po martwych bezcześci”; chce zniszczyć dawny „Tygodnik”, „mam wrażenie, że po to, by sprawić sobie przyjemność. Robią to zresztą pośrednio również jego koledzy z redakcji obecnego »Tygodnika «”.
Z IPN-em? Nie, dziękuję Od kilku już lat „Tygodnik” i Znak rozliczają się z własną przeszłością. Rozliczają się - to znaczy współpracują z Instytutem Pamięci Narodowej. Najpierw, w 2006 r., wydawnictwo Znak opublikowało książkę pracownika IPN-u Marka Lasoty „Donos na Wojtyłę”. Znalazły się w niej pseudonimy - na ogół nierozszyfrowane - kilku osób z „Tygodnika” i Znaku uznanych za agentów SB.
Kilka miesięcy później redakcja "Tygodnika" zlustrowała swego wieloletniego współpracownika ks. Mieczysława Malińskiego. Dawna korektorka (dziś już nieżyjąca) poczuła potrzebę publicznej spowiedzi, a "Tygodnik" zwrócił się do IPN-u, by przedstawił opracowanie o przeszłości pisma. W 2007 r. Graczyk wydał w Znaku książkę "Tropem SB" poświęconą głównie agentom z kręgu "Tygodnika". Tak więc jego najnowsza praca (tym razem Znak wydać jej nie chciał) wchodzi w pewną sekwencję zdarzeń - wydaje się ogniwem logicznym.
Tymczasem współpraca z IPN-em nie jest bezkarna. Niebezpieczeństwo przyjęcia optyki źródła, realne tu dla historyka bardziej niż gdziekolwiek indziej, staje się najwyższym zagrożeniem dla człowieka bez studiów historycznych - a takimi są przecież i Lasota, i Graczyk. Natomiast dla instytucji w rodzaju Znaku i "Tygodnika Powszechnego" oddanie przeszłości w ręce IPN-u jest po prostu zabójcze. Dzieje tych instytucji wyznacza bowiem odmienny porządek niż w przyjętym IPN-owskim schemacie władza - społeczeństwo.
Lokuje się ten porządek między tym, co w PRL-u było legalne czy nawet lojalne, a tym, co opozycyjne, a w czasach podziemnej "Solidarności" także nielegalne, wykraczające bowiem poza kontrakt zawarty niegdyś z władzą. Innymi słowy, gdy bierze się dziś do ręki takie choćby produkty pracy bądź współpracy z IPN-em jak "Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956" czy niedawny dodatek do "Rzeczpospolitej" traktujący o "żołnierzach wyklętych", nie sposób nie zadać pytania: gdzie było w pierwszych powojennych latach pismo Jerzego Turowicza?
Bo przecież było po innej stronie! Czy jednak po stronie komunistów? „Ukazanie się w Krakowie pisma oficjalnie firmowanego autorytetem powszechnie wielbionego arcybiskupa Sapiehy od razu stwarzało orientację - wspominał współtwórca ruchu Znak Stanisław Stomma. - Polacy zrozumieli, że nie należy stosować ślepego bojkotu, aby się nie »splamić «, że należy - jeśli tylko się da - wpływać na nową rzeczywistość. ( ) Śmiałe decyzje Księcia Metropolity krakowskiego miały doniosłe następstwa, stały się wzorem do naśladowania” („Trudne lekcje historii”).
"Nie należy stosować ślepego bojkotu", "wzór do naśladowania" Dziś sądy takie potrafią zadziwiać, ale wtedy? Był marzec 1945 r., nikt nie miał wątpliwości, że Polska wojnę przegrała. Owszem, można było iść do lasu i walczyć do ostatniego Polaka. Ale można też było - a może po prostu było trzeba - ratować z czerwonego potopu, co tylko się da. Łatwo teraz rozdzielać etykietki. Jednak wówczas - które z tych działań było anty-, a które pronarodowe?
Sapieha, arystokrata, związany z elitami Polski niepodległej, rozumiał, że trwaniem przy narodowych sztandarach niczego się nie osiągnie. Był realistą. Po upływie półrocza, w którym redakcją kierował ks. Jan Piwowarczyk, oddał "Tygodnik" w ręce Turowicza - człowieka znanego z postawy antynacjonalistycznej i antykapitalistycznej, uznającego siebie za "chrześcijańskiego socjaldemokratę". Ten lewicujący katolik utrudniał, a przynajmniej opóźniał, przewidywaną kontrakcję władz. Resztę tworzyła sama redakcja - na własną odpowiedzialność.
Program określił Stomma, który w artykule "Maksymalne i minimalne cele katolików w Polsce" (ogłoszonym w 1946 r. w zbliżonym do "Tygodnika" miesięczniku "Znak") nie tyle nawet odżegnywał się od podziemia, bo to dla wszystkich niemal było oczywiste. Szedł znacznie dalej: odżegnywał się od polityki w ogóle, chciał bronić czystej doktryny katolicyzmu, radził oprzeć się na ostatnich "liniach zasadniczych" - wierze i kulturze.
Tak, był to katolicki minimalizm - czy jednak nie stanowił on świadomego zabezpieczenia się na przyszłość? Bo przecież zarazem był to przyczółek. Turowiczowi i Stommie udało się płynąć między Scyllą "Dziś i Jutro" Bolesława Piaseckiego a Charybdą otwarcie opozycyjnego "Tygodnika Warszawskiego". O ile zaś Scylla zeszła dość szybko na pozycje jawnie kolaboranckie (z czasem potępione przez Watykan) i o ile Charybda została niebawem przez władze zlikwidowana, o tyle "Tygodnik Powszechny" przetrwał osiem ciężkich lat, do 1953 r., w tym apogeum stalinizmu.
Trucizna Te lata, zwłaszcza od 1948 r., psują nam dziś obraz. Bo czy to polski stalinizm nie był aż tak straszny, czy też "Tygodnik" kolaborował? Psuje się nam też obraz PRL-u. Bo jak można uznać za cnotę obecność posłów Znaku w Sejmie po Październiku '56?
Tak oto w każdym z tych przypadków rodzi się pokusa mówienia "albo-albo". Tymczasem - powtórzmy - tu rządził inny porządek, nie było łatwej dychotomii. "Tygodnik" i miesięcznik "Znak" istniały w Polsce stalinowskiej i w PRL-u stalinowskim, a po przerwie (1953-56) ukazywały się też za Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Nikt jednak, nawet Graczyk, nie zdołał wykazać, by pisma te wykonywały jakiekolwiek dyrektywy władz. One - choć cenzurowane - były naprawdę niezależne. Tak jak niezależny był
Kościół prowadzony przez prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wolne elektrony w systemie, który chciał być totalitarny, ale być taki nie mógł - właśnie z uwagi na te elektrony.
Jakże dziś ułatwiamy sobie zadanie, krytykując "Tygodnik", a gloryfikując polski Kościół. Przecież, przy oczywistych różnicach zdań między biskupami a laikatem, była to - zwłaszcza w obliczu komunistycznej opresji - jedność.
Do dziś brzmią mi w uszach słowa wypowiedziane do mnie w 1985 r. przez człowieka, który niegdyś był w Krakowie kolejnym następcą Sapiehy, a wtedy pasterzował już diecezji Rzymu: „Ja czytuję, czytuję, co piszecie. »Tygodnik Powszechny « to już z obowiązku czytuję”. Czyżby ten człowiek,
Jan Paweł II, śledził równie pilnie publicystykę PAX-owskich „Słowa Powszechnego” i „Kierunków”?
Któryż to raz czytam (ostatnio u Ewy Czaczkowskiej z "Rzeczpospolitej") o zasadniczych rozdźwiękach środowiska "Tygodnika" z kard. Wyszyńskim. Któryż to raz słyszę (choćby u Rafała Ziemkiewicza z tego samego dziennika), że między Znakiem a PAX-em Piaseckiego nie było istotnej różnicy. I jeszcze te uwagi Pawła Lisickiego o związku katolicyzmu otwartego, soborowego z działalnością komunistycznych tajnych służb. Nie czas tu i miejsce na polemikę. Dość rzec, że do wszystkich tych spostrzeżeń dała asumpt książka Graczyka.
Jaka więc była w niej trucizna? Chodziło o - mniej czy bardziej świadome - zniszczenie tej sfery, która w IPN-owskiej filozofii, tak wyraźnie artykułowanej przez profesorów Ryszarda Terleckiego i Janusza Kurtykę, wymyka się jasnemu podziałowi na zdradziecki obóz władzy (wraz z kolaborantami) i wiernych do ostatka żołnierzy podziemia.
Oczywiście Bronisław Wildstein czy Piotr Zaremba zawsze będą powtarzali: Graczyk nic takiego nie napisał, to doprowadzenie jego stanowiska do absurdu. Ale czy zechcą to samo powiedzieć o Czaczkowskiej, Ziemkiewiczu, Lisickim, ba! - o sobie samych?