http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kaddafi znów jest pod Adżdabiją

Mariusz Zawadzki, Tobruk
2011-03-31, ostatnia aktualizacja 2011-03-31 21:45

Powstaniec mocuje broń do samochodu za pomocą sznurówek. Okolice Adżdabii
Powstaniec mocuje broń do samochodu za pomocą sznurówek. Okolice Adżdabii
Fot. ANDREW WINNING REUTERS

Wojska Muammara Kaddafiego zmieniły taktykę i znów są górą w starciach z powstańcami, którym podobno pomagają CIA i brytyjski wywiad

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Linia frontu w Libii po raz czwarty wróciła w pobliże Adżdabii, ważnego miasta na wschodzie kraju, gdzie przecinają się szlaki komunikacyjne ze wschodu na zachód i z północy na południe. Tydzień temu zachodnie samoloty zbombardowały na przedmieściach Adżdabii wojska Kaddafiego, niszcząc około 40 czołgów i wozów pancernych. Powstańcy ruszyli w pościg za uciekającymi żołnierzami i do wtorku przegnali ich prawie 300 kilometrów, pod Syrtę, gdzie 69 lat temu urodził się Kaddafi. Tam jednak powitały ich salwy z katiusz i armat, więc sami rzucili się do bezładnej ucieczki - aż pod Adżdabiję. Wczoraj w nocy miasto jeszcze było wolne, ale wielu cywilów już spakowało manatki i uciekło na północ, do oddalonej o 160 km stolicy powstania Bengazi.

Powstańcy liczą, że Zachód ponownie zbombarduje armię rządową, ale tym razem będzie to trudniejsze. Żołnierze Kaddafiego dostosowali się bowiem do nowej sytuacji, w której grożą im zachodnie samoloty, i nie przyjechali pod Adżdabiję czołgami i wozami pancernymi, tylko głównie ciężarówkami z katiuszami i pikapami z zamontowanymi z tyłu działkami i mniejszymi wyrzutniami rakiet. Podobnych aut, tylko starszych, używają powstańcy, dlatego pilotom nie będzie łatwo się zorientować, kto jest kim.

Szybkie i lekkie pikapy całkiem niedawno przesądziły o wyniku wojny w północnej Afryce - pod koniec lat 80. żołnierze Czadu wyposażeni przez Francuzów w terenowe toyoty i przenośne wyrzutnie rakiet przeciwczołgowych typu Milan rozgromili libijskie wojska pancerne na Saharze. Dlatego tamten konflikt, zakończony kompromitującą klęską pułkownika Kaddafiego, nazywany jest przez historyków Toyota War (wojna na toyoty).

Rzecznik powstańczej Narodowej Rady Tymczasowej twierdził zresztą wczoraj, że pod Adżdabiją jest ponad 3 tys. uzbrojonych po zęby najemników z Czadu, którzy tym razem walczą po stronie Kaddafiego. Za każdy dzień dostają podobno po tysiąc dolarów.

Operacje zachodniego lotnictwa przeciw wojskom Kaddafiego komplikuje pierwsze niezależne świadectwo, że również nowoczesne, inteligentne bomby (Amerykanie nazywają je "smart bombs") zabijają cywilów. Libijski rząd mówi o tym od kilku dni, ale przedstawiane przezeń dowody zachodni dziennikarze akredytowani w Trypolisie jednogłośnie oceniali jako nieprzekonujące albo wręcz sfabrykowane.

- W tak zwanych nalotach humanitarnych zginęły dziesiątki ludzi. W dzielnicy Buslim zawalił się cały blok, grzebiąc 40 jego mieszkańców - oświadczył wczoraj wikariusz apostolski w Trypolisie biskup Giovanni Innocenzo Martinelli. Nie widział on ofiar osobiście, ale dowiedział się o nich od osób, do których ma pełne zaufanie. NATO bada, czy jego twierdzenia są zgodne z prawdą.

Powstańcy głośno domagają się jednak nalotów od Zachodu i zapewniają, że nie zabiły one ani jednego cywila. Bez wsparcia z powietrza nie mają bowiem żadnych szans. - Nawet największy entuzjazm nie wystarczy, żeby z kałasznikowem przeciwstawić się nowoczesnym katiuszom typu Grad - mówił w czwartek pułkownik Ahmad Bani, rzecznik powstańców w Bengazi.

Alternatywą dla bombardowań mogłoby być dozbrojenie powstańców, ale w tej kwestii podzielona jest nie tylko społeczność międzynarodowa, ale nawet sojusznicy z NATO i politycy w USA. Sekretarz stanu USA Hillary Clinton mówiła w czwartek, że w tej sprawie nie zapadła jeszcze żadna decyzja. Z kolei Reuters podał wczoraj, że prezydent Barack Obama wydał CIA specjalne zezwolenie, żeby pomagać rebeliantom. Z przecieków wynika, że od dwóch tygodni we wschodniej, wyzwolonej części Libii działają agenci CIA i brytyjskiego wywiadu, którzy na miejscu oceniają potrzeby rebeliantów i podobno podają zachodnim pilotom współrzędne celów.

Wczoraj ze stanowiska zrezygnował ambasador Libii przy ONZ Ali Abdussalam Treki. Według rodziny ukrył się w Egipcie. To drugi taki przypadek w krótkim czasie po niedawnej ucieczce szefa libijskiego MSZ Musy Muhammada Kusy do Londynu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':