Ciągnie pani za rączkę, wysuwa szufladę, wkłada śmieci i zamyka. Lecą w dół przez kilka pięter i lądują w kontenerze. Banalnie proste - zachwala PRL-owski wynalazek emeryt Leszek Szydłowski.
Był jednym z pierwszych lokatorów wieżowca przy ul. Władysława IV w Zielonej Górze. Mieszka tu już 42 lata. Dziesięciopiętrowiec przy Uniwersytecie Zielonogórskim powstał w końcu lat 60. Klucze do mieszkań dostawały rodziny robotników Polskiej Wełny, nauczycieli i prawników.
- Gomułkowszczyzna w pełnym rozkwicie. Ślepa kuchnia, tuzin mieszkań na piętrze, ciasne korytarze. Nie doczekaliśmy się domofonu, więc zimą bezdomni koczują na klatkach. Czuć slamsem - opisuje Szydłowski. W mieszkaniu tylko śpi. Drugi "dom" ma na działce. Altanka, kominek, wkoło las i cisza. Tam odpoczywa.
Szydłowski zasiada w radzie nadzorczej zielonogórskiej spółdzielni mieszkaniowej i radzie osiedlowej. Gdy gruchnęła wieść o likwidacji zsypów, sąsiedzi przestali się do niego odzywać. - Muszę się zdrowo natłumaczyć, zanim uwierzą, że jestem przeciwko likwidacji zsypów.
Jak prezes szukał woli likwidacji
Dariusz Maćkowiak, wiceprezes spółdzielni, jest pewien, że zsypy likwidować należy. Wymienia trzy powody. - Ekonomiczny, zdrowotno-sanitarny i czynnik ludzki.
Twierdzi, że połowa zsypów to bomby ekologiczne z rakotwórczym azbestem. Poza tym każdy zsyp czeka kosztowny remont, by spełniać normy przeciwpożarowe. - Pożary w wieżowcach w 90 proc. są zasługą zsypów - tłumaczy.
Ryszard Gura, rzecznik zielonogórskich strażaków, zastrzega, że straż nie naciska na wymianę zsypów ani ich likwidację. Ale nie należy lekceważyć gróźb pożarów w wieżowcach.
- Gdyby doszło do pożaru w zsypie, cały pion bloku jest jak gigantyczny komin, od razu napełni się dymem.
Wiceprezes Maćkowiak o wadach zsypów mógłby mówić długo. Mogą się lęgnąć szczury i karaluchy, przede wszystkim jednak - ekonomia. Koszt remontu jednego zsypu to ok. 68 tys. zł. Poza tym trzeba je czyścić i naprawiać. Urywają się szuflady, rury się czopują.
- A czynnik ludzki? - pytamy
- Jak pani zapyta, czy ktoś segreguje śmieci, wszyscy odpowiedzą, że tak. Czyli mogą zejść ze śmieciami na dół do specjalnych kontenerów? Mogą. Ale jak mówimy: oszczędźmy na zsypach, to wszyscy zaraz podają setki powodów, dla których śmieci na dół znieść nie sposób - tłumaczy. - Wkrótce wejdą także unijne dyrektywy o obowiązku segregowania śmieci. Jak to robić, skoro zsyp ma tylko jedną dziurę? Dlatego wyszliśmy z zapytaniem, czy jest wola likwidacji.
Woli nie było. Zagłosował co czwarty z 14 tys. mieszkańców wysokościowców. Nikt nie był "za".
Szydłowski swój wieżowiec porównuje do małej wsi. - Mieszka tu 120 rodzin. W demokratyczny sposób mamy prawo powiedzieć, jak chcemy się urządzić. To spółdzielnia ma być dla mieszkańców, a nie odwrotnie. Pozabijamy się na ciasnym korytarzu, wynosząc śmieci.
Po co tę ulgę odbierać, jak ją dali
Barbara i Stanisław zajmują małe mieszkanie na trzecim piętrze wieżowca przy ul. Władysława IV. Od drzwi do zsypu dzielą ich dwa kroki. W dzień i noc słyszą hałas wyrzucanych śmieci. Ale zsypu bronią zaciekle.
- Zawsze jestem przeciw likwidacji - rzuca w progu 65-latek i wylicza. - Pani, przecież koszty wzrosną. Windą będą ciągle jeździć, za prąd podwyższą rachunek. Zaczną wystawiać śmieci na korytarzach. Smród będzie i tyle.
Barbara: - Zsypy robili, żeby ulżyć ludziom. Po co teraz tę ulgę odbierać?
To wychodząc do pracy, nie można zabrać śmieci? - pytam
Barbara: - Za młoda jest pani, żeby pisać o zsypach. Będzie pani miała moje lata, to będzie pani wiedziała. Jak taka stuletnia babcinka ma latać do śmietnika na zewnątrz? Nie ma takiej możliwości, żeby doszła albo żeby czegoś nie zgubiła.
Źródło: Gazeta Wyborcza