http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rośnie poziom cen i demagogii

Witold Gadomski
2011-03-29, ostatnia aktualizacja 2011-03-29 13:31

Ceny w Polsce rosną znacząco, ale na pewno nie w sposób dramatyczny.

Witold Gadomski
fot. AG
Witold Gadomski
ZOBACZ TAKŻE
W 2007 r. Donald Tusk przygwoździł w debacie telewizyjnej Jarosława Kaczyńskiego informacją o wzroście cen podstawowych produktów żywnościowych za rządów PiS. Najbardziej - według Tuska - wzrosły ceny jabłek. Obecny premier nie wyjaśnił wówczas, co powinien robić rząd, by jabłka nie drożały.

Jarosław Kaczyński zrewanżował się teraz, twierdząc, że ceny za rządów PO-PSL rosły jeszcze szybciej. Według niego standardowy koszyk zakupów, dokonywanych przez gospodynie domowe jest dziś o 50 proc. droższy niż w roku 2007.

Obie wypowiedzi to demagogia. Tak naprawdę ceny dóbr i usług, które nabywamy, rosną znacznie wolniej niż twierdzą politycy. W lutym były o 3,6 proc. wyższe niż rok wcześniej. To wzrost znaczny, jak na obecne standardy europejskie, ale nie dramatyczny.

Dokładnie tyle samo wzrosły ceny w listopadzie 2007 r., czyli w momencie, gdy Jarosław Kaczyński oddawał władzę. Przypomnijmy, że wówczas podstawowa stawka podatku VAT, mającego wpływ na ceny, wynosiła 22 proc., dziś - 23 proc. Wzrost VAT nie spowodował zatem dramatycznych zmian cen.

Oczywiście mówimy o wielkościach średnich. Gospodarstwa biedniejsze wydają na żywność relatywnie więcej niż bogatsze, a w ostatnich miesiącach ceny żywności rosły wyjątkowo szybko. Dlatego biedniejsi Polacy odczuwają inflację boleśniej.

Ale nie wpadajmy w przesadę, nie ma mowy o dwucyfrowych wzrostach cen. W lutym żywność była droższa niż przed rokiem, średnio o 5,4 proc. Ale odzież i obuwie - też istotne dla gospodarstw biedniejszych - staniały o 4,2 proc.

Co mogą robić politycy, by powstrzymać wzrost cen? Przede wszystkim powstrzymać się od demagogii. Za wzrost cen częściowo winne są szoki zewnętrzne - na przykład wzrost cen ropy naftowej na światowych rynkach. My własnej ropy nie mamy, więc ceny paliw na stacjach benzynowych podążają za światowymi trendami. Jeśli obniżona zostałaby akcyza na paliwa, czego domagają się niektórzy politycy, konsumenci kupowaliby więcej benzyny, co i tak prowadziłoby do wzrostu cen.

Kiepskim pomysłem jest walka ze spekulantami, którzy są jakoby odpowiedzialni za wzrost cen cukru. Rzekomi spekulanci (a mówiąc zwykłym językiem - handlowcy) od wieków są wdzięcznym obiektem ataku polityków, zwłaszcza tych, którzy nie mają innych pomysłów na gospodarkę. Dlatego z niepokojem przyjąłem wypowiedź premiera, że obecne ceny cukru na naszym rynku "są efektem wulgarnej, bezczelnej spekulacji".

Znacznie sensowniejsze jest natomiast wezwanie do zmian przepisów unijnych, ograniczających produkcję i import taniego cukru spoza Europy. W Europie cukier (i nie tylko) podlega absurdalnym regulacjom, które psują rynek i dlatego raz jest za drogi, innym razem za tani. Zaufajmy rynkowi, który sprawi, że ceny ustabilizują się na sensownym poziomie i bankowi centralnemu, który skuteczniej niż politycy potrafi walczyć z inflacją.

SLD chce wotum nieufności dla ministra finansów, bo obciąża go odpowiedzialnością za wzrost cen

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    59 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':