Wczorajsze negocjacje płacowe w Ministerstwie Edukacji nie zakończyły się porozumieniem ze związkami zawodowymi i zostały przełożone o miesiąc.
Chodzi o zapowiadane przez premiera podwyżki -
Donald Tusk obiecał nauczycielom podniesienie pensji o 7 proc. od września. Związki zawodowe tę propozycję przyjęły. Na wczorajszym spotkaniu jednak nie zaakceptowały przygotowanego przez
MEN rozporządzenia w sprawie tzw. minimalnych płac.
Na tegoroczne podwyżki rząd zapisał w budżecie ok. 2 mld zł. Według ZNP taka kwota wystarczyłaby na podwyżki większe niż 7 proc. - Nie chcemy wymusić na rządzie dodatkowych pieniędzy. Ale wiemy, jak wydać je korzystniej dla nauczycieli - mówi Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.
I dodaje: - Rząd przeszacował niektóre składniki średniej płacy nauczycielskiej. Jeśli tego nie udowodnimy, pieniądze z puli na podwyżki dostaną samorządy, ale już nie nauczyciele.
Zdaniem związków rząd za dużo przeznacza na rezerwę na nauczycielskie odprawy emerytalne, bo bierze pod uwagę liczbę nauczycieli odchodzących z zawodu w latach, kiedy mieli uprawnienia do wcześniejszych emerytur. Teraz takich uprawnień już nie mają i odchodzi ich na emeryturę znaczniej mniej. - Już dwa lata temu na odprawy emerytalne rząd wydał 90 mln zł, a w tym roku zarezerwował na nie aż 300 mln zł - mówi Baszczyński. Podobnie, jego zdaniem, ma się sprawa z tzw. dodatkiem motywacyjnym: - Samorządy płacą nauczycielom znacznie niższe kwoty, niż liczy rząd.
Związkowcy chcą, żeby rząd ponownie oszacował wydatki, bo to pozwoli podnieść pensje zasadnicze nauczycieli więcej niż o 7 proc. O ile? - To się okaże, jak poznamy liczby. MEN ich nam nie potrafił podać - mówi Baszczyński.
MEN obiecał, że na następnym spotkaniu przedstawi analizy statystyczne i finansowe. - Ale nasza propozycja jest zgodna z tym, co mówi premier: podnosimy pensje zasadnicze o 7 proc. - mówi Grzegorz Żurawski, rzecznik MEN.