Takie są m.in. wnioski z debaty „Aktywność obywatelska - szanse i bariery", która odbyła się w czwartek w Pałacu Prezydenckim z inicjatywy prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przyszli eksperci, przedstawiciele organizacji pozarządowych, ruchów obywatelskich i samorządów. Podczas debaty prezydent zapowiedział, że wniesie do Sejmu
ustawy, które mają „uspołecznić samorządy”. Chodzi o to, by mieszkańcy mieli większy wpływ na decyzje podejmowane na poziomie ich gminy.
- Chcemy wprowadzić do działalności samorządu lokalnego takie instytucje, jak obowiązkowe konsultacje społeczne, wysłuchanie publiczne i obywatelska inicjatywa uchwałodawcza. Jesteśmy przekonani, że trzeba w coraz większym stopniu włączać społeczeństwo w proces rządzenia, budować wzajemne zaufanie pomiędzy obywatelami a władzą - mówił prezydent. Pierwsza wersja projektu - do społecznych konsultacji - ma być gotowa w kwietniu.
Tadeusz Mazowiecki, doradca prezydenta do spraw społecznych, mówił o długiej tradycji polskiego społeczeństwa obywatelskiego, które jednak najczęściej było społeczeństwem alternatywnym do obowiązującego ustroju. Ta tradycja braku zaufania pomiędzy władzą a społeczeństwem obywatelskim teraz nam ciąży.
Prof. Janusz Czapiński dowodził, ze rozwój społeczeństwa obywatelskiego jest warunkiem rozwoju społecznego i gospodarczego. Tymczasem Polacy wykazują dużą aktywność, ale w działaniu na rzecz interesu własnego. Grupa, z którą się identyfikują, to najczęściej własna rodzina i nie czują potrzeby działania na rzecz wspólnoty pojętej szerzej.
Przedstawiciele organizacji pozarządowych mówili zgodnie, że państwo jest wobec nich skrajnie nieufne: mnoży formalne bariery w zakładaniu organizacji i ich działalności.
Nawet przeżywające ostatnio renesans Koła Gospodyń Wiejskich - chociaż działają nieformalnie i nie chcą dotacji - mają kłopoty, jeśli sprzedają na festynie ciasta lub rękodzieło własnej roboty, by zebrać pieniądze na działalność.
Piotr Szczepański z Fundacji Wspomagania Wsi mówił, że organizacje działające na wsi są całkowicie uzależnione od wójta: wystarczy, że odbierze im użyczany lokal i nie da dofinansowania - a jest w stanie każdą zniszczyć, bo nie mają innych, niezależnych źródeł dofinansowania.
Na to, że organizacje pozarządowe "wiszą" dziś na dotacjach - głównie unijnych - rozdzielanych przez władze, skarżyło się wielu dyskutantów. Padają małe, lokalne organizacje, a rynek monopolizują duże, które stać na wynajęcie profesjonalistów do pisania i rozliczania skomplikowanych wniosków o dotacje.
Piotr Frączak z Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego zauważył, że o ile dawniej organizacje mówiły władzy: nie przeszkadzajcie nam w działaniu, to dziś coraz więcej mówi: pomóżcie nam. To oznaka ich uzależnienia. Postulował, aby przede wszystkim dopuścić organizacje do współdecydowania, a nie traktować wyłącznie jak taniego podwykonawcę zadań władzy publicznej. - Z organizacji odchodzą starzy fachowcy, pojawiają się młodzi ludzie, którzy są dużo sprawniejsi w zdobywaniu funduszy, ale ich kompetencje zawodowe i doświadczenie życiowe są niskie. Natomiast urzędnicy powołują własne NGO-sy i przekazują im publiczne pieniądze na wykonywanie zadań, które powinni wykonywać w ramach swoich instytucji - mówił Marek Liciński z Towarzystwa Psychoterapeutycznego.
Bezlitosną diagnozę stanu naszego społeczeństwa obywatelskiego dał jego wieloletni animator Jakub Wygnański: - Społeczeństwo obywatelskie jest bezzębne, zależne od państwa i zwasalizowane. Państwo jako wspólnota może czerpać z aktywności obywatelskiej, ale tego nie robi. Zamiast partnerstwa społecznego mamy instytucjonalną bulimię. A zamiast debaty publicznej - debatę przed publicznością.
- Jesteśmy przez władzę zaniedbani - mówił. - Ale chcemy debaty o naprawie. Jest w nas potencjał, żeby jeszcze raz zerwać się do lotu. Ale jeśli po raz kolejny zerwiemy się na darmo, to może to być zryw ostatni - mówił Wygnański.