- Rower musi mieć bagażnik, o taki, specjalny - pokazuje pan Krzysio. - Dłuższy niż normalny i z klapką zamykaną na sprężynę. Układasz pan pudła jedno na drugim, wsiadasz i wioo, jeedzieesz. Żeby dowieźć towar, wygodniejsze to od busa, parkingu nie potrzeba i po hali też z biedą da radę. A wyglądasz pan jak Chińczyk z filmu karate. Zmyślni są, że tak potrafią wykombinować. Polak by nie wpadł.
Pan Krzysio mówi "Chińczyk" dla wygody. Pracuje akurat u Wietnamczyków, ale ten "Chińczyk" się przyjął. Skośnooki w Polsce zawsze był "Kitajcem".
Zdaniem pana Krzysia Polak nie wpadłby również na hulajnogi, którymi najłatwiej przemieszczać się między halami. Szybkie są, zwrotne, każdy głupi nauczy się jeździć po minucie. I - co najważniejsze - nogi nie bolą, chyba że od stania. Gdyby tak człowiek miał latać z buta od stoiska do stoiska, musiałby mieć chody i płuca jak chodziarz Korzeniowski. A i tak nie wiadomo, czy dałby radę, bo praca w Wólce to nie olimpiada, ale poważne zajęcie.
Polak nie zagra też w madżonga. Kto by spamiętał te wszystkie Smoki, Wiatry, Pory Roku, grubo ponad sto kamieni, jak w każdej innej grze, tylko więcej. I jeszcze kolory, piktogramy, jakieś wygibasy na planszach zrobionych z kartonu po wielkiej pace, w której przywieziono tu buty, gatki męskie, stringi, pończochy samonośne, koszule, kołowrotki, sztuczne orchidee, spodnie albo kłódki.
- Za to - zauważa pan Krzysio - Chińczycy jedzą już nie tylko w swoich garkuchniach, coraz częściej widać ich w barku Polskie Jadło; wielki polski napis, a pod nim równie wielkie chińskie piktogramy i napis wietnamski. On sam zagląda raz tu, raz tam. Tam, to znaczy do knajpek chińskich, wietnamskich lub tureckich, bo te nacje dominują wśród pracujących w podwarszawskiej Wólce Kosowskiej.
Tutaj zawsze rosło Zaczęło się u progu lat 90.; minister Kuroń wraz z chińskimi biznesmenami z Hongkongu wmurował kamień węgielny pod pierwszą halę. Wyglądała jak - powiadają starzy bywalcy Wólki - ogromne, błyszczące UFO rzucone w środek pola opodal szosy E7, gdzie akurat rosły borówki amerykańskie. Już wtedy mówiono, że
Chiny to przyszłość. O Wietnamie (zwłaszcza) i o Turcji nikt nie myślał.
Zrazu interes wlókł się jak ślimaki w sosie słodko-kwaśnym, choć nie da się ukryć, że z każdym rokiem było nieco lepiej. Poszło wprzód, gdy Polska znalazła się w Unii. A potem jeszcze mocniej, kiedy zamknięto w Warszawie Stadion Dziesięciolecia.
Kryzys nie kryzys; tu zawsze rosło. Przybywało hal, stoisk, miejsc pracy. Cena metra kwadratowego ziemi za każdym rokiem przeskakiwała siebie. Dziś, jadąc z Warszawy na Kraków, nie sposób nie zauważyć, że ten kawałek Mazowsza wzięli we władanie Azjaci. Daleko przed skrętem na Wólkę widać wielkie reklamy dalekowschodnich firm.
Słowem - w pobliżu Warszawy wyrosło Viet-China-Town. Ze znacznym dodatkiem Turków i posmakiem dodanym przez Hindusów. Rower załadowany na wysokość nieba, plansza z kamieniami madżonga, kaczka po pekińsku, makaron sojowy i sojowy sos lepiej ilustrują wólczańską codzienność niż schabowy z kapustą.
Labirynt Po Wólce oprowadzała mnie Van Pham, socjolożka po Uniwersytecie Warszawskim, pracująca w jednej z tutejszych firm. Kilka lat przed trzydziestką, drobniutka, uśmiechnięta. Urodziła się w Wietnamie, ale już dwie dekady mieszka w Polsce. Uważa, że z lotu ptaka Wólka wygląda jak centrum Hanoi; ten sam chaotyczny ruch samochodów, wyładowanych rowerów i hulajnóg.
Van zna - prócz wietnamskiego i polskiego (mówi jak polska Polka) - jeszcze chiński i angielski. Języki to w Wólce kapitał niezastąpiony i - uważa - największy problem. Bez języków ludzie są tu razem, ale też osobno. O pełnej integracji nie ma mowy.
Sobotni ranek, zimny wiatr unosi papiery i plastikowe torby. W powietrzu pachnie kurzem; otoczenie hal to w końcu nadal pola, już bez śniegu, wyschnięte po zimie. Wynajęte miejsca parkingowe; panowie z ochrony mówią, że bez zgody właściciela nie wolno zostawić samochodu. Chyba że w interesach, wtedy bardzo proszę. Niknie warkot szosy Warszawa - Kraków. Sennie, hale otwarte w nocy kończą już pracę; spóźniony tir tarasuje drogę. Choć gdzie indziej ruch dopiero się zaczyna.
Idziemy przez halę polską; wiele tu twarzy niebieskookich i po mazowiecku czerstwych. Ale skośnych oczu równie dużo. Stoiska głównie z konfekcją. Ceny niskie jak nigdzie indziej.
Dalej, do hali tureckiej, która kilka lat temu spłonęła jak zapałka, ale teraz próżno szukać śladów pożaru. Boksy z ciuchami bardziej wystawne, w klimacie bliskowschodnich suków. Zaraz pójdziemy do UFO, czyli hali chińskiej, rozpoczynającej historię Wólki. A potem do kolejnej, kolejnej, kolejnej i jeszcze jednej, obok hali, która akurat się buduje.
Patrzę na stoiska z ubraniami, bielizną, biżuterią, sztucznymi kwiatami, które wyglądają jak prawdziwe. Z deskorolkami, narzędziami, skórą, plastikiem, dla wędkarzy i dla majsterkowiczów. Van wita się, zamienia kilka zdań, przeskakuje z wietnamskiego na chiński, z chińskiego na polski. Mnie zaczyna się kręcić w głowie.
Zgubiłem się w tym wszystkim. Nie trafię tam, gdzie jest siedziba banku, ani do ponoć najlepszej wietnamskiej knajpy, do tureckiego kebabu. Nie znajdę sklepu z jedzeniem, gdzie próżno szukać przetworów światowych koncernów, za to na sos rybny, który kupuję w moich delikatesach, mówią, że nic nie wart, i proponują (Van pilnuje, więc nikt mnie nie naciągnie) sos prawdziwy, jak z Wietnamu, a nie azjatyckopodobną podróbkę. Mam poczucie, że o drogę w tym labiryncie mogę pytać tylko twarze mazowieckie. Nieprawda - przed boksem z ciuchami biegają skośnookie dziewczynki; wołają do siebie "Kasiu", "Zosiu", "Małgosiu". Zapewne jedne z Wietnamu, a drugie z Chin, więc mogą dogadać się tylko po polsku. Czyściutko, jak z warszawskiego podwórka.
Oglądam wielkie krewetki, jakich nie uświadczę w wielu eleganckich warszawskich sklepach. Czuję zapachy, jakie pamiętam z Dalekiego Wschodu. Na półkach towary niemal z całego świata z przewagą Wschodu; Van zapewnia, że już nie opłaca się handlować podróbkami, choć nie musi wiedzieć o wszystkim. W hali polskiej - mówi - znajdę to samo co w renomowanych sklepach. Jest elegancką kobietą, więc wie, co mówi, skoro sama robi tam zakupy.
Zapamiętałem afisz Kościoła protestanckiego wypisany po angielsku i chińskimi piktogramami. Listę lekarzy (po polsku, chińsku i wietnamsku) w tutejszej klinice, na piętrze nad najlepszym supermarketem. Najwięcej jest internistów, ginekologów położników i pediatrów; skoro handlowcom z Azji rodzą się w Wólce dzieci, znaczy, że już są na zawsze.