http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Złote żniwa. Zamieszanie wokół zdjęcia

Jan T. Gross i Irena Grudzińska-Gross
2011-03-28, ostatnia aktualizacja 2011-04-02 14:12

Z naszego punktu widzenia ludzie na fotografii mogliby równie dobrze stać odwróceni tyłem albo mieć całkiem wymazane twarze. Najbardziej istotnym elementem tego zdjęcia jest stos ludzkich kości i czaszek leżący przed zgromadzonymi, ale w dziennikarskich analizach o tym akurat nie wspomina się słowem

Warszawa, redakcja
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Warszawa, redakcja "GW". Historyk Jan Tomasz Gross, autor m.in. książek...
ZOBACZ TAKŻE
Na łamach "Rzeczpospolitej" Michał Majewski i Paweł Reszka dwukrotnie napisali w obszernych artykułach o zdjęciu z książki "Złote żniwa", której jesteśmy autorami ("Rzeczpospolita", 21-22 stycznia oraz 21 marca). W artykule z 21 marca domagają się nawet od nas tłustym drukiem przeprosin, w ten sposób przemieniając nas z autorów książki o zbrodniach w winowajców. Z kolei w "Gazecie Wyborczej" Marcin Kącki opublikował artykuł podający w wątpliwość , czy zdjęcie to zostało wykonane w Treblince.

Gazety codzienne mają wielkie nakłady, a książka do czytelników dociera powoli. Pragniemy więc wyjaśnić nieporozumienia, które nagromadziły się wokół wadliwych interpretacji pomieszczonego w "Złotych żniwach" zdjęcia. Zaczniemy od krytyki rozważań dziennikarzy "Rzeczpospolitej".

Treścią naszej książki jest opis i analiza rozpowszechnionego w Polsce podczas okupacji zjawiska mordowania i grabieży Żydów przez ich nieżydowskich współobywateli. Fotografia zamieszczona w książce była do jej napisania inspiracją, ale nie jest ani tematem, ani dowodem na cokolwiek w "Złotych żniwach". Jest ona jedynie ilustracją pobocznego zjawiska - a mianowicie plądrowania po wojnie przez Polaków cmentarzysk na terenach byłych obozów zagłady, gdzie spoczywają prochy oraz ciała dwóch i pół miliona Żydów zagazowanych przez nazistów. Obrzydliwe to było zajęcie, ale w porównaniu z mordowaniem i rabowaniem żydowskich współobywateli przez polskich sąsiadów w tym samym czasie, kiedy Niemcy realizowali swój program zagłady Żydów w Europie, można je określić co najwyżej jako dodatkowe uchybienie.

Trzeba również podkreślić, że o tym, że ludność miejscowa (a także przyjezdni z dalszych okolic) rozkopywała masowo po wojnie cmentarzyska obozów zagłady, a działalność ta, nawiasem mówiąc, ciągnęła się latami, wiadomo z bardzo wielu źródeł i część z nich jest przez nas cytowana. Pisała o tym haniebnym procederze obszernie polska prasa jeszcze w latach 40. Można się o tym dowiedzieć na przykład z artykułu Michała Okońskiego zamieszczonego w ostatnim numerze "Tygodnika Powszechnego".

Fotografia będąca przedmiotem sporu ma ponad 65 lat, jest podniszczona, małego formatu, rysy twarzy uchwyconych na niej postaci są rozmyte. Nie ma jej negatywu. Pomimo rozpowszechniania powiększeń i ogłoszeń dawanych od wielu tygodni w okolicy Treblinki przez "Gazetę Wyborczą" nikt z miejscowych nikogo ze zdjęcia nie rozpoznał. Z naszego punktu widzenia ludzie na fotografii mogliby równie dobrze stać odwróceni tyłem albo mieć całkiem wymazane twarze. Najbardziej istotnym elementem tego zdjęcia jest stos ludzkich kości i czaszek leżący przed zgromadzonymi, ale w dziennikarskich analizach zdjęcia o tym akurat nie wspomina się ani słowem.

Rozumie się samo przez się, że skoro tematem naszej książki nie jest postępowanie, jak ich wówczas nazywano, „hien cmentarnych", to tym bardziej nie są przedmiotem naszego zainteresowania osoby przedstawione na fotografii. Ludzie ze zdjęcia - podkreślamy raz jeszcze, że są to postacie anonimowe - uosabiają jedynie masowe zjawisko i wszelkie odniesienia do nich w tekście są czysto retoryczne: mówimy o nich, mając na myśli kopaczy jako takich.

***

Pierwodruk zdjęcia miał miejsce w styczniu 2008 roku w „Gazecie Wyborczej" jako ilustracji do artykułu Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego na temat masowych wykopków w nekropolii Treblinki. Zdjęcie nie wzbudziło wtedy zainteresowania i nikt jego autentyczności nie podważał. Zwróciło natomiast naszą uwagę i w korespondencji z panem Głuchowskim uzyskaliśmy wówczas informację, że reporterzy dostali je od Tadeusza Kiryluka, byłego kierownika Muzeum Męczeństwa Żydów w Treblince. „Kiryluk powiedział reporterom, że zdjęcie przedstawia » kopaczy «złapanych przez milicję w dużej akcji krótko po wojnie" (cytat z noty od redakcji „Gazety Wyborczej" z 14 marca 2011 r.). Pisali o tym Głuchowski i Kowalski w „Gazecie Wyborczej" także w styczniu tego roku.

W swoim styczniowym tekście dziennikarze „Rzeczpospolitej" - pomijając całkowicie meritum naszej książki - rozwijają żmudną analizę inkryminowanego zdjęcia. Głównym wynikiem rozpisanego na kilka szpalt dziennikarskiego śledztwa jest stwierdzenie, że zdjęcie... nie zostało zrobione w marcu. Nie jest więc ilustracją akcji przeciw kopaczom, o której piszą dziennikarze „Gazety" (w książce o żadnej dacie nie wspominamy, akcji przepędzania kopaczy było mnóstwo). Natomiast w artykule z 21 marca przekonują, że ludzie ze zdjęcia to nie kopacze, tylko sprzątacze. My sami notabene - jako że osoby na zdjęciu nie są uchwycone w akcie wbijania szpadli w ziemię - piszemy w książce, że są to „najprawdopodobniej kopacze" albo może osoby zapędzone akurat do wyrównywania terenu. Ale trzeba rozumieć, co to znaczy w omawianych okolicznościach. Bo Treblinki nie porządkowano aż do końca lat 50. (zdjęcie jest dużo wcześniejsze). A i wtedy, jak pisze w opublikowanej pracy magisterskiej Martyna Rusiniak, porządkujący i pilnująca ich milicja z łatwością zamieniali się w kopaczy.

W latach 40. milicja mogła oczywiście zapędzać ludzi do porządkowania terenu - przez złośliwość - po tym jak ich złapała na przekopywaniu cmentarzyska obozu zagłady. Wedle tej samej logiki bywało, że zwożono wyłapanych w Treblince kopaczy do Sokołowa Podlaskiego na przykład, gdzie kazano im opróżnić kieszenie i odbierano, co kto miał, po czym puszczano wolno, żeby na piechotę wracali do domu.

Aby wykazać, że popełniliśmy błąd w „Złotych żniwach", dziennikarze „Rzeczpospolitej" dezawuują informacje na temat zdjęcia przekazane przez pana Kiryluka - a jest to jedyna wiedza, która rzeczywiście odnosi się do tego, co jest na nim sportretowane - pisząc: „Jak twierdzą reporterzy [„Gazety Wyborczej"] Kiryluk, wręczając im zdjęcie, powiedział, że dokumentuje konkretną akcję wojska przeciwko kopaczom. Kiryluk, którego odwiedziliśmy w tym roku, zaprzecza. Twierdzi, że nigdy czegoś takiego nie mówił. Jaka była prawda, nie wiemy, ale dziś Kiryluk jest przekonany, że na fotografii są ludzie porządkujący poobozowy teren". Podkreślamy tutaj stwierdzenie: „Jaka była prawda, nie wiemy". I fakt, że Kiryluk utrzymuje, że zdjęcie jest z Treblinki.

Do jakiego stopnia modyfikacja pierwotnej informacji podanej przez Tadeusza Kiryluka jest wiarygodna? Czy koncentracja uwagi mediów na mieszkańcach okolic Treblinki nie uruchomiła takiego samego mechanizmu zaprzeczenia, jakiego byliśmy świadkami przy okazji odkrywania zbrodni w Jedwabnem? I o ile takim pytaniem-zamieszaniem w dyskusji o Jedwabnem była kwestia, ilu Żydów zostało wtedy zamordowanych, o tyle tutaj uwaga nasza skupia się na zdjęciu, a nie na tym, o czym „Złote żniwa" naprawdę mówią. Tadeusz Kiryluk mieszka w społeczności, która się czuje oskarżona i się zamyka. Ta podwójna presja sprawia, że jego pierwotne stwierdzenie przyjmujemy jako prawdziwe.

***

A jednak w ich tekście, a przedtem i do kamery, autorzy „Rzeczpospolitej" dają nam wskazówki, jak mamy się zachować - Grossowie, piszą, „powinni przeprosić". Nie zdołali ustalić, że zdjęcie nie jest z Treblinki i że nie przedstawia ono kopaczy, ale wielkimi literami, w nagłówku do swego artykułu, informują czytelników „Rzeczpospolitej", że „Grossowie jako jedyni na świecie upierają się, że zamieszczona przez nich w książce » Złote żniwa «fotografia przedstawia kopaczy z Treblinki". Szacunek dla czytelników wymagałby chyba, aby w którymś z najbliższych numerów tego popularnego dziennika, najlepiej równie wytłuszczonym drukiem, napisali, że swojego twierdzenia nie są w stanie udowodnić.

Artykuł Marcina Kąckiego z „Gazety Wyborczej" (18 marca), w intencji autora, kwestionuje, że zdjęcie w ogóle zostało wykonane w Treblince. Punktem wyjścia jest dostrzeżenie przez Kąckiego, po wielokrotnym powiększeniu zdjęcia, budynku w kształcie litery T w lewym górnym rogu. Nasze powiększenia tej samej fotografii pokazują w tym miejscu pokaźną plamę. Ale proces weryfikacji hipotezy - czy to jest zdjęcie z Treblinki - który Kącki przeprowadził, stanowi jej potwierdzenie . Bo cóż takiego zrobił dziennikarz „Gazety"? Otóż, mówiąc językiem zaczerpniętym z metodologii nauk społecznych, Kącki przetestował kilka hipotez alternatywnych co do ewentualnej lokalizacji zdjęcia i okazało się, że wszystkie one były fałszywe. Właśnie w ten sposób w naukach społecznych dowodzi się prawdziwości hipotezy wyjściowej - falsyfikując hipotezy alternatywne. A więc skoro na tużpowojennym zdjęciu z Treblinki, gdzie latami okoliczna ludność prowadziła wykopki, nad stosem czaszek i piszczeli stoi gromada chłopów z narzędziami do kopania, to czym, na litość boską, najprawdopodobniej zajmowali się ci ludzie?

Przeczytaj tekst Marcina Kąckiego: ''Powiększenie. Nowe oblicze znanego zdjęcia'' - o próbach ustalenia, gdzie została zrobiona fotografia o której mowa



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 187 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    60 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':