W 2008 r. do Polski w ramach specjalnego, rządowego programu sprowadzono 25 Irakijczyków. To było siedem rodzin tłumaczy, współpracowników polskiej armii w Iraku, pozostawienie ich w tym kraju groziło śmiercią. Zresztą programem ochrony objęto ok. 400 osób, ale większość dostała pieniądze i pomoc w przedostaniu się do innych państw.
Irakijczyk: Nic was nie obchodzimy Wtedy od początku do akcji wkradł się bałagan. Tak to wspomina jeden z oficerów ostatniej zmiany w Iraku (chce pozostać anonimowy): - Pamiętam, że ci ludzie zostali ściągnięci do naszej bazy, siedzieli na walizkach gotowi do wylotu. Było ich dużo więcej, ale nagle jeden oficerów ze Sztabu Generalnego przekazał nam, że możemy przewieźć do Polski tylko 25 osób. A reszta, jak chce, to może szukać sposobu, jak się dostać do Polski na własną rękę.
Potem okazało się, że na wylot większości swoich obywateli nie zgodził się iracki rząd.
Już w Polsce Urząd do spraw Cudzoziemców nadał Irakijczykom status uchodźców, od wojska dostali
mieszkania i zapomogi. Ale rozrzucono ich po całej Polsce. Kiedy program się skończył i skończyły się zapomogi, okazało się, że mieszkań nie mają z czego opłacić, nie mówiąc o codziennym utrzymaniu rodzin. Tylko dwóch znalazło jakąś pracę - jeden jako ochroniarz, drugi w wojskowym archiwum.
Byli wściekli. Najmłodszy z nich, z wykształcenia inżynier mechanik, ryzykując życie, wsiadł w samolot i wrócił do Iraku. Co robi? Nie wiadomo.
Kolejny, 65-letni mężczyzna, mieszkał w lesie na powojskowym osiedlu w województwie pomorskim. Przez półtora roku prosił opiekę społeczną i urzędników o pomoc w uzyskaniu niewielkiego kredytu, by założyć własny interes gastronomiczny. Nie mógł go dostać, bo był uchodźcą. Pisał listy do
MON, do premiera i prezydenta. Jednak kredytu nie dostał. MON dał mu w końcu mieszkanie w większym mieście (dla jego bezpieczeństwa nie podaje w jakim), ale pracy nie miał. Mieszkanie musiał opłacać z zasiłku przyznanego na niepełnosprawne dziecko. Dopiero pod koniec 2010 r. w trybie nadzwyczajnym przyznano mu 1,5 tys. zł emerytury.
- Ten program był pokazówką - mówi 65-letni Irakijczyk. - Tak naprawdę nic was nie obchodzimy. W najczarniejszych myślach nie przypuszczałem, że będzie tak źle.
- To rzeczywiście była klapa - dodaje szef sejmowej komisji obrony poseł Stanisław Wziątek (
SLD). - Ci, którzy współpracują z nami w Afganistanie, i ich rodziny muszą się czuć w Polsce bezpiecznie i godnie. Trzeba im zagwarantować przyzwoite warunki życia. W nowy program muszą się włączyć różne resorty, oprócz MON także
MSWiA i Ministerstwo Pracy. To minimum.
Inaczej mogą zginąć Ilu Afgańczyków trzeba będzie ściągnąć do Polski? Tego oficjalnie jeszcze nie wiadomo.
Tych, którzy pracują dla polskiej armii w Afganistanie, są setki: tłumacze, współpracownicy Prowincjonalnego Zespołu Odbudowy, wreszcie informatorzy służb specjalnych (ze względów bezpieczeństwa nikt nie podaje dokładnych liczb). Część z nich znowu dostanie zapewne pieniądze, ale są tacy, którzy nie mogą zostać w Afganistanie po odejściu polskiego wojska.
W MON usłyszeliśmy nieoficjalnie, że prace nad programem ściągania Afgańczyków jeszcze nie zostały uruchomione. Sprawą zajmuje się na razie tylko wąskie grono oficerów w tzw. zespole do spraw sytuacji nadzwyczajnych. Służby specjalne w Afganistanie dokonują wstępnej selekcji, kto powinien polecieć do Polski. W innych resortach nikt o Afgańczykach jeszcze nie myśli.
Jak dowiedziała się "Gazeta", trzeba będzie sprowadzić do kraju co najmniej kilkudziesięciu afgańskich współpracowników, a może więcej niż sto. - To ci, którzy długo nie pożyją, jak ktoś się tam dowie, że dla nas pracowali - mówią nam anonimowo oficerowie specsłużb.
- Założenia programu pomocy dla nich już są, bo opieramy się na programie irackim - zapewnia "Gazetę" płk Piotr Łukasiewicz, pełnomocnik szefa MON ds. Afganistanu. - Tyle że tym razem, żeby wszystko zagrało, musi być to prawdziwy program rządowy. Bo wtedy cały ciężar spadł na nasze ministerstwo. Odpowiedzialność musi spoczywać też na resorcie pracy i polityki społecznej. Zanim ściągniemy do nas Afgańczyków, musimy wiedzieć, gdzie będą mieszkać i jaką dostaną pracę. Przyzwoitą pracę, a nie jako ochroniarz. Może jako wykładowcy albo przy szkoleniu żołnierzy - zastanawia się.
- Z tego, co wiem, rząd na razie formalnie nawet nie wyciągnął wniosków z tego, co stało się z współpracownikami z Iraku - mówi jednak poseł Wziątek. - A to już ostatni dzwonek, żeby te prace zacząć.
Płk Łukasiewicz uspokaja: - Jest jeszcze trochę czasu, współpracowników ściągniemy do Polski nie wcześniej niż w 2014 r., kiedy planujemy wyprowadzenie stamtąd wojska.
Przeczytaj też: ''Irakijczycy na lodzie'' - przywiezieni do Polski współpracownicy naszej armii z Iraku zostali bez pracy i perspektyw