Jak wyglądał Twój 10 kwietnia 2010 r. Co czułeś, gdy dowiedziałeś się o tragedii, jak zapamiętałeś ten dzień. Czekamy na listy. Najbardziej poruszające wspomnienia opublikujemy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
- Raptem Wojtek Olejniczak zaczął płakać. Zobaczyłem w telewizji. Zakrył twarz rękami i płakał. To było zupełnie nieprawdopodobne! Surrealistyczne! Przerażające!
Odruchowo zacząłem dzwonić do kolegów ze ścisłego kierownictwa partii. Nie wiedziałem, kto z nich pojechał pociągiem, a kto poleciał. Do Aleksandry Natalli-Świat, Grażyny Gęsickiej, Adama Lipińskiego, Przemka Gosiewskiego... Nikt nie odbierał telefonu. Dosłownie nikt! Wpadłem w panikę, że nikogo już nie ma. Że wszyscy zginęli.
Pan był w Sejmie?- W hotelu sejmowym, w pokoju pracy posłów. Przyszedłem po ósmej. Chciałem spokojnie obejrzeć transmisję z uroczystości w Katyniu i...
Ja, proszę pani, przygotowywałem wtedy uroczyste otwarcie kampanii prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego. 22 kwietnia w Łodzi, w sali Arena.
Pierwszym, do którego się dodzwoniłem, był Marek Kuchciński. Jechał samochodem do Przemyśla. Nie wiedział. Zawrócił do Warszawy.
Zadzwoniłem do prezesa. Telefon odebrał jego asystent Jacek Rudziński. Prezes już wie, Sikorski do niego dzwonił, jadą za chwilę do mamy do szpitala.
Zbiegłem na dół. Na dole jest kaplica sejmowa. Zbiegłem do kaplicy.
Popłakać?- Nie, pomodlić się. Rozpłakałem się później.
Wróciłem do pokoju. W telewizji padały już pierwsze nazwiska. Że zginął Przemek, Ola, Grażyna Gęsicka, Krzysztof Putra. Z Krzyśkiem - byłem święcie przekonany - to dziennikarskie przekłamanie. Jest przecież, jak zwykle w sobotę, w "Salonie politycznym Trójki".
Zadzwonił Adam Lipiński. Znalazł w swojej skrzynce pocztowej kilkanaście moich telefonów i pytał, co się stało. Telefon Adama zabrzmiał mi jak głos zza grobu. Kompletnie się rozsypałem. To już było koło godziny 10. Pobiegłem do naszego biura prasowego w Sejmie. Sekretarka, młoda dziewczyna, bardzo płakała.
Przyszedł Paweł Kowal. W telewizji powiedzieli prawdę. Krzysiek poleciał z prezydentem, a Paweł zastąpił go u pani redaktor Michniewicz. Zapytał, co z prezesem. Jarosław też miał lecieć i został ze względu na mamę. Swoje miejsce oddał Wassermannowi. Takich zamian było więcej. A Przemek Gosiewski miejsce dla siebie wymusił swoją niespożytą energią na urzędnikach kancelarii w ostatniej chwili.
Paweł rozkleił się nagle. Nie mógł dodzwonić się do Janka Ołdakowskiego i był przekonany, że Janek też poleciał. Martwił się o swoją żonę. Była w ciąży, jak to zniesie. W samolocie znajdowało się wiele zaprzyjaźnionych z nimi osób.
Postanowiliśmy wszyscy jechać na Nowogrodzką.
Do siedziby Prawa i Sprawiedliwości.- Na Nowogrodzkiej za chwilę pojawili się Marcin Mastalerek i Mariusz Chłopik, przyszedł Karol Karski, Adam Lipiński, Tomek Dudziński i Wojtek Jasiński, przyjaciel Jarosława i prezydenta jeszcze z czasów studenckich.
Mieliśmy włączone telewizory, nastawione na kilka różnych stacji. Był we mnie jeszcze cień nadziei, że może ktoś przeżył. Wszyscy ją chyba mieli. W każdej pokazywano jednak wciąż te same przebitki rozbitego wraku.
Odkryłem, że wcale nie jestem silnym facetem. Człowiek na potrzeby bardzo zmedializowanej polityki przyjmuje dość atrakcyjną pozę twardziela, który wchodzi w zwarcia, jest wyszczekany, pyskaty, czasem arogancki, nawet chamski, niestety, i nagle w obliczu tragedii pęka jak bańka mydlana. Zobaczyłem w sobie emocjonalną słabość.
Znowu skontaktowałem się z asystentem prezesa. Usłyszałem, że Jarosław chciałby polecieć do Smoleńska. Dałem dyspozycje Marcinowi i Mariuszowi, żeby posprawdzali loty rejsowe do Mińska i do Moskwy oraz zorientowali się, jakie są możliwości wynajęcia taksówki powietrznej.