Do zakończenia toczącego się od ponad dwóch lat procesu zostało odczytanie kilku dokumentów, tzw. zaliczanie materiału dowodowego i końcowe wystąpienia stron - czyli prokuratora i adwokatów. Może się to uda zrobić na najbliższych terminach rozpraw 13 i14 kwietnia. A wtedy, tuż przed Świętami mógłby zapaść wyrok.
W zabudowaniach pod Nangar Khel zginęło od granatów moździeżowych sześcioro Afgańczyków-cywili, w tym cztery kobiety i dziecko. Prokuratura siedmiu żołnierzy z bazy "Charlie" oskarżyła o ich zabójstwo, zbrodnię wojenną. Ich dowódcy zarzuca, że wydał rozkaz: "przep... trzy wioski". Oskarżeni w tej precedensowej sprawie nie przyznają się. Twierdzą, że chcieli ostrzelać wzgórza, gdzie kryli się talibowie.
Są jednak wątpliwości - czy widzieli zabudowania przysiółka pod Nangar Khel, na który spadły pociski? Wczorajsza opinia biegłego, który na podstawie zdjęć satelitarnych i map cyfrowych odwzorował teren, tego nie rozstrzygnęła. Są też wątpliwości co do sprawności moździeży i amunicji. A także czy śledztwo nie było sterowane przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego (sąd nie zgodził się wczoraj przesłuchać b. szefa SKW Antoniego Macierewicza).
Z tych wszystkich powodów wizji lokalnej w Nangar Khel od początku domagali się adwokaci oskarżonych. Prokuratura była przeciw, twierdziła, że to "niewykonalne".
Wczoraj ostatecznie rozstrzygnął tę sprawę sąd. - Czynność ta nie przyniosłaby rezultatu - wyjaśnił sędzia płk Mirosław Jaroszewski. Bo nie można wykluczyć, że od 2007 r. wiele się w tamtym terenie zmieniło, a świadkowie po tylu latach mieliby wątpliwości z odtworzeniem szczegółów zdarzeń. W końcu byłby kłopot z zapewnieniem bezpieczeństwa wizji lokalnej, zwłaszcza że dziś prowincja w której leży Nangar Khel nie jest "w strefie odpowiedzialności" polskiego kontyngentu.
Źródło: Gazeta Wyborcza