- Nie możemy stać bezczynnie z boku, gdy tyran grozi narodowi, że nie będzie miał dlań litości, a jego wojska atakują Bengazi i Mistratę, gdzie niewinni ludzie są mordowani przez rząd - mówił w sobotę prezydent
Barack Obama.
Chwilę wcześniej amerykańskie okręty ostrzelały libijską obronę przeciwlotniczą i centra dowodzenia. Sam Obama był wtedy w stolicy Brazylii, bo mimo sytuacji w Libii nie zrezygnował z planowanego wyjazdu do Ameryki Płd.
Amerykanie faktycznie kierują interwencją. Francuskie, brytyjskie i kanadyjskie samoloty w dużej mierze korzystają nad Libią z amerykańskiej logistyki, satelitów i radarów. Według nieoficjalnych informacji to amerykańscy oficerowie przydzielają pilotom cele. Ale Amerykanie chcą, by to sojusznicy wzięli na siebie główny ciężar lotów.
Sam Obama podkreślił w sobotę, że nie ma mowy o wysłaniu do Libii wojsk lądowych. W piątek wieczorem prezydent powiedział grupie kongresmenów, że sojusznicy wprowadzą na terenie całej Libii strefę zakazaną dla libijskiego lotnictwa, strefę zakazaną dla libijskiego wojska przed Bengazi i innymi miastami zajętymi przez opozycję oraz strefę zakazaną dla libijskich okrętów wokół Bengazi. Jeden z jego doradców stwierdził też, że rezolucja ONZ daje sojusznikom prawo do wysłania uzbrojenia powstańcom.
Stanowisko
USA w sprawie interwencji w Libii całkowicie się zmieniło w ciągu kilkudziesięciu godzin. Jeszcze w czwartek po południu czasu polskiego w Waszyngtonie panowało przekonanie, że Barack Obama zbyt długo przemyśliwał nad pomocą dla libijskiej rewolucji. Amerykańscy komentatorzy uważali, że nawet przyjęcie rezolucji ONZ o strefach bez lotów niczego już nie zmieni.
Interwencji sprzeciwiał się Pentagon - sekretarz obrony Robert Gates mówił kilkanaście dni temu, że armia USA jest zmęczona wojnami w Afganistanie i Iraku i nie może rozpocząć kolejnej operacji zagranicznej. Kilka dni temu Gates mówił o Libii, że "nie ma sporu o to, czy możemy wprowadzić strefę bez lotów, ale o to, czy taki krok ma w ogóle sens".
W zeszły poniedziałek sekretarz stanu
Hillary Clinton spotkała się z szefami dyplomacji państw G8 i powiedziała im, że USA nie podjęły żadnej decyzji w sprawie Libii. Tego samego dnia w Paryżu Clinton spotkała się z przywódcą libijskiej opozycji Mahmudem Dżibrilem, ale odrzuciła jego prośbę o pomoc militarną dla powoli dogasającego powstania.
A jednak w czwartek wieczorem prezydent Obama zadzwonił do ambasador USA przy ONZ i nakazał jej przepchnięcie przez Radę Bezpieczeństwa rezolucji dającej szerokie uprawnienia do prowadzenia operacji wojskowej w Libii w obronie mordowanych cywilów.
Dziś wiemy, że Obama przeszedł na stronę zwolenników interwencji w środę po długiej i burzliwej naradzie jego doradców w Białym Domu. Doradcy związani z Pentagonem stanowczo sprzeciwiali się interwencji, eksperci z Narodowej Rady Bezpieczeństwa byli zdecydowanie za. Wśród tych drugich znalazł się wiceprezydent Joe Biden, zwolennik aktywnej polityki zagranicznej USA.
Ostatecznie Obama podjął decyzję o poparciu planów strefy zakazu lotów, bo z Libii dochodziły coraz bardziej dramatyczne doniesienia, sojusznicy i świat arabski naciskali, a opinia publiczna w USA też zaczęła coraz wyraźniej domagać się powstrzymania dyktatora.
Wiele wskazuje też na to, że z daleka od dziennikarzy negocjowane jest jakiegoś rodzaju porozumienie z Kaddafim. Świadczą o tym - poza zmianą stanowiska USA - następujące elementy.
Przede wszystkim sam Kaddafi. Jeszcze w czwartek mówił, że atak na Bengazi to kwestia godzin i zostanie przeprowadzony "bez litości dla zdrajców". W piątek Kaddafi niespodziewanie wstrzymał ofensywę i zamknął przestrzeń powietrzną nad Libią, by - jak podała jego
telewizja - wypełnić postanowienia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. (Co prawda długo w tym nie wytrwał i dzień później ruszył swoje wojska na Misratę i Bengazi).
Kolejny element tej układanki to stanowisko Chin i Rosji. Wstrzymując się od głosu w czasie głosowania nad rezolucją, Pekin i Moskwa de facto ją poparły.
Dalej mamy zachowanie Niemiec i Hiszpanii - w piątek oba kraje zapowiedziały, że choć ich wojska nie wezmą udziału w interwencji, to użyczą międzynarodowej koalicji swych lotnisk dla prowadzenia operacji nad Libią.
I wreszcie ostatni element to niezauważona w natłoku informacji deklaracja rządu południowoafrykańskiego o wysłaniu mediatorów do Libii. Przywódcy RPA od lat doskonale znają się z Kaddafim, który wspierał Afrykański Kongres Narodowy Nelsona Mandeli w walce z apartheidem. Jednocześnie i Mandela, i wielu innych południowoafrykańskich polityków cieszy się na Zachodzie olbrzymim szacunkiem i zaufaniem. Jeśli ktoś może być mediatorem w libijskiej wojnie domowej, to to właśnie dyplomaci z Południowej Afryki.