http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Metamorfoza Obamy ocaliła Bengazi

Bartosz Węglarczyk
2011-03-20, ostatnia aktualizacja 2011-03-20 21:31

Żołnierze wierni Kaddafiemu
Żołnierze wierni Kaddafiemu
Fot. Jerome Delay AP

Barack Obama przeszedł na stronę zwolenników interwencji w środę po długiej i burzliwej naradzie jego doradców w Białym Domu.

ZOBACZ TAKŻE
- Nie możemy stać bezczynnie z boku, gdy tyran grozi narodowi, że nie będzie miał dlań litości, a jego wojska atakują Bengazi i Mistratę, gdzie niewinni ludzie są mordowani przez rząd - mówił w sobotę prezydent Barack Obama.

Chwilę wcześniej amerykańskie okręty ostrzelały libijską obronę przeciwlotniczą i centra dowodzenia. Sam Obama był wtedy w stolicy Brazylii, bo mimo sytuacji w Libii nie zrezygnował z planowanego wyjazdu do Ameryki Płd.

Amerykanie faktycznie kierują interwencją. Francuskie, brytyjskie i kanadyjskie samoloty w dużej mierze korzystają nad Libią z amerykańskiej logistyki, satelitów i radarów. Według nieoficjalnych informacji to amerykańscy oficerowie przydzielają pilotom cele. Ale Amerykanie chcą, by to sojusznicy wzięli na siebie główny ciężar lotów.

Sam Obama podkreślił w sobotę, że nie ma mowy o wysłaniu do Libii wojsk lądowych. W piątek wieczorem prezydent powiedział grupie kongresmenów, że sojusznicy wprowadzą na terenie całej Libii strefę zakazaną dla libijskiego lotnictwa, strefę zakazaną dla libijskiego wojska przed Bengazi i innymi miastami zajętymi przez opozycję oraz strefę zakazaną dla libijskich okrętów wokół Bengazi. Jeden z jego doradców stwierdził też, że rezolucja ONZ daje sojusznikom prawo do wysłania uzbrojenia powstańcom.

Stanowisko USA w sprawie interwencji w Libii całkowicie się zmieniło w ciągu kilkudziesięciu godzin. Jeszcze w czwartek po południu czasu polskiego w Waszyngtonie panowało przekonanie, że Barack Obama zbyt długo przemyśliwał nad pomocą dla libijskiej rewolucji. Amerykańscy komentatorzy uważali, że nawet przyjęcie rezolucji ONZ o strefach bez lotów niczego już nie zmieni.

Interwencji sprzeciwiał się Pentagon - sekretarz obrony Robert Gates mówił kilkanaście dni temu, że armia USA jest zmęczona wojnami w Afganistanie i Iraku i nie może rozpocząć kolejnej operacji zagranicznej. Kilka dni temu Gates mówił o Libii, że "nie ma sporu o to, czy możemy wprowadzić strefę bez lotów, ale o to, czy taki krok ma w ogóle sens".

W zeszły poniedziałek sekretarz stanu Hillary Clinton spotkała się z szefami dyplomacji państw G8 i powiedziała im, że USA nie podjęły żadnej decyzji w sprawie Libii. Tego samego dnia w Paryżu Clinton spotkała się z przywódcą libijskiej opozycji Mahmudem Dżibrilem, ale odrzuciła jego prośbę o pomoc militarną dla powoli dogasającego powstania.

A jednak w czwartek wieczorem prezydent Obama zadzwonił do ambasador USA przy ONZ i nakazał jej przepchnięcie przez Radę Bezpieczeństwa rezolucji dającej szerokie uprawnienia do prowadzenia operacji wojskowej w Libii w obronie mordowanych cywilów.

Dziś wiemy, że Obama przeszedł na stronę zwolenników interwencji w środę po długiej i burzliwej naradzie jego doradców w Białym Domu. Doradcy związani z Pentagonem stanowczo sprzeciwiali się interwencji, eksperci z Narodowej Rady Bezpieczeństwa byli zdecydowanie za. Wśród tych drugich znalazł się wiceprezydent Joe Biden, zwolennik aktywnej polityki zagranicznej USA.

Ostatecznie Obama podjął decyzję o poparciu planów strefy zakazu lotów, bo z Libii dochodziły coraz bardziej dramatyczne doniesienia, sojusznicy i świat arabski naciskali, a opinia publiczna w USA też zaczęła coraz wyraźniej domagać się powstrzymania dyktatora.

Wiele wskazuje też na to, że z daleka od dziennikarzy negocjowane jest jakiegoś rodzaju porozumienie z Kaddafim. Świadczą o tym - poza zmianą stanowiska USA - następujące elementy.

Przede wszystkim sam Kaddafi. Jeszcze w czwartek mówił, że atak na Bengazi to kwestia godzin i zostanie przeprowadzony "bez litości dla zdrajców". W piątek Kaddafi niespodziewanie wstrzymał ofensywę i zamknął przestrzeń powietrzną nad Libią, by - jak podała jego telewizja - wypełnić postanowienia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. (Co prawda długo w tym nie wytrwał i dzień później ruszył swoje wojska na Misratę i Bengazi).

Kolejny element tej układanki to stanowisko Chin i Rosji. Wstrzymując się od głosu w czasie głosowania nad rezolucją, Pekin i Moskwa de facto ją poparły.

Dalej mamy zachowanie Niemiec i Hiszpanii - w piątek oba kraje zapowiedziały, że choć ich wojska nie wezmą udziału w interwencji, to użyczą międzynarodowej koalicji swych lotnisk dla prowadzenia operacji nad Libią.

I wreszcie ostatni element to niezauważona w natłoku informacji deklaracja rządu południowoafrykańskiego o wysłaniu mediatorów do Libii. Przywódcy RPA od lat doskonale znają się z Kaddafim, który wspierał Afrykański Kongres Narodowy Nelsona Mandeli w walce z apartheidem. Jednocześnie i Mandela, i wielu innych południowoafrykańskich polityków cieszy się na Zachodzie olbrzymim szacunkiem i zaufaniem. Jeśli ktoś może być mediatorem w libijskiej wojnie domowej, to to właśnie dyplomaci z Południowej Afryki.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    50 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':