http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

SKOK-i po mediach

Bogdan Wróblewski
2011-03-17, ostatnia aktualizacja 2011-03-17 17:24

SKOK Stefczyka
SKOK Stefczyka
Fot. Bartosz Bobkowski / AG

Pod pretekstem ochrony dobrego imienia firmy SKOK-i prowadzą sądową krucjatę przeciwko dziennikarzom. Czy to nie nadużycie prawa?

Grzegorz Bierecki, prezes Kasy Krajowej SKOK, zdjęcie z 2004 r.
Fot. S3awomir Kaminski / AG
Grzegorz Bierecki, prezes Kasy Krajowej SKOK, zdjęcie z 2004 r.
Anegdota z sądowego bufetu: "Mec. Krzysztof Pluta jest jak Adam Małysz. Żyje ze SKOK-ów".

- Był czas, że zajmowałem się głównie tymi sprawami - przyznaje Pluta. Doliczył się ośmiu. W procesach ze Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo-Kredytowymi reprezentował wydawcę "Polityki" i dziennikarkę Biankę Mikołajewską. Procesy wytaczały: Kasa Krajowa (centrala), SKOK Stefczyka i członkowie ich władz osobiście.

"Gazeta Wyborcza" - wydawca, dziennikarze, naczelni, ostatnio także prawnik - ma jeszcze więcej takich procesów. Dorzućmy trzy z "Przekrojem" (po opublikowaniu sylwetki Grzegorza Biereckiego, współtwórcy SKOK-ów i prezesa Kasy Krajowej) i mamy ponad 20 spraw: o nakaz opublikowania odpowiedzi prasowych i sprostowań, ochronę dobrego imienia, o zniesławienie. Plus zawiadomienia do prokuratury.

SKOK-i to dziś największa organizacja parabankowa w Polsce. Obsługują 2,1 mln osób w ponad 1,8 tys. placówek. Porównywalną sieć mają tylko bank PKO BP i Poczta Polska.

Jądro SKOK-ów warte pięć milionów

Jesienią 2010 r. Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew w najpoważniejszym procesie. Po tekście "Wielki SKOK" ("Polityka", 2004 r.) Kasa Krajowa zażądała 5 mln złotych (!) "za krzywdę prasową".

- Ta kwota miała wstrząsnąć wydawcą i skłonić go do zaniechania dalszych publikacji - mówił w dniu rozpoczęcia procesu Jerzy Baczyński, naczelny tygodnika i prezes Spółdzielni Pracy "Polityka".

Mec. Pluta: "Wysokość roszczenia dochodzonego w niniejszej sprawie nie może być określana inaczej jak niebywała (...) ma sprawić, aby każda redakcja i wydawca porzucili myśl o jakichkolwiek publikacjach krytycznych wobec SKOK-ów pod groźbą bankructwa. Powódkę wszak stać na akcje sądowe o dowolnym zasięgu".

Przeciwko próbie "wpływania na prasę, wręcz jej zastraszania z wykorzystaniem roszczeń nierealnych", zaprotestowała polska Izba Wydawców Prasy, a także Międzynarodowy Instytut Prasy w Wiedniu.

Sąd, ważąc słowa, nazywa pięć milionów żądaniem zbyt wygórowanym, nie znajdującym uzasadnienia*.

Kasa Krajowa nie odpuszcza, składa apelację. Bo publikacja "stanowi uderzenie w samo jądro (zasadę) istnienia SKOK-ów" - mówił na zamknię-ciu procesu pełnomocnik KK mec. Marek Januszczyk.

O co z tym "jądrem" chodzi? Odpowiedź znajdziemy w uzasadnieniu wyroku I instancji. W chwili obecnej SKOK-i są dobrze prosperującymi przedsiębiorstwami, które z ideą samopomocy nie mają wiele wspólnego - oceniła sędzia Małgorzata Rybicka-Pakuła.

Zdanie to oddaje główną myśl kilkunastu publikacji opisujących korzenie i funkcjonowanie SKOK-ów. Powstały na początku lat 90. wedle idei lokalnych, samopomocowych, nienastawionych na zysk spółdzielni sąsiadów lub kolegów z zakładu pracy, którzy udzielają sobie pożyczek i przechowują oszczędności członków. Taki "wzór" przywiózł z USA Grzegorz Bierecki, dyrektor Komisji Krajowej "Solidarności", współpracownik Lecha Kaczyńskiego.

Po latach dziennikarze zaczęli pytać: jak z tych "spółdzielni" SKOK-i zmieniły się w potężną instytucję finansową z miliardami depozytów? Dlaczego, działając prawie jak banki, nie podlegają - jak one - nadzorowi? Dlaczego (aż do 2007 r.) zwolnione są z podatku dochodowego? Czy zyskały takie przywileje dzięki lobbingowi związanych z nimi posłów?

- Wcześniej o SKOK-ach albo nie pisano, albo głos oddawano tylko ich twórcom - mówi Bianka Mikołajewska. Razem z Maciejem Samcikiem z "Gazety" odbiera za cykl o nieprawidłowościach w SKOK-ach prestiżowe Grand Press.

SKOK za prewencyjną cenzurą

Po artykule Mikołajewskiej Kasa Krajowa postanowiła zamknąć mediom usta jednym uderzeniem. Po pierwsze, wybrała sąd gospodarczy. - Bo według uproszczonej procedury mieliśmy tylko miesiąc na przedstawienie odpowiedzi na każdy zarzut - wspomina Mikołajewska. - Musiałam uzgodnić z rozmówcami, że wezwiemy ich na świadków. Posegregować dokumenty do każdej tezy. To był miesiąc wyjęty z życia, nie tylko zawodowego. Moja wstępna odpowiedź miała 40 stron.

Po drugie, przygniatająca wysokość roszczenia - wspomniane 5 mln zł. Po trzecie, Kasa Krajowa żąda, by sąd zakazał "Polityce" (a w innej sprawie "Gazecie") publikacji o SKOK-ach aż do prawomocnego zakończenia procesu.

To rodzaj prewencyjnej cenzury, bo procesy ciągną się latami, gdyby więc wniosek "chwycił", do dziś nie przeczytalibyśmy w prasie ani o "nieprzejrzystej, obrosłej spółkami i fundacjami strukturze SKOK", ani jak "stały się maszynką do zarabiania pieniędzy dla wąskiej grupy osób" z władz Kasy Krajowej.

Sąd się jednak na zakaz publikacji nie zgodził. SKOK-i zmieniły taktykę. Na nękanie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 38 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    39 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':