Anegdota z sądowego bufetu: "Mec. Krzysztof Pluta jest jak
Adam Małysz. Żyje ze
SKOK-ów".
- Był czas, że zajmowałem się głównie tymi sprawami - przyznaje Pluta. Doliczył się ośmiu. W procesach ze Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo-Kredytowymi reprezentował wydawcę "Polityki" i dziennikarkę Biankę Mikołajewską. Procesy wytaczały: Kasa Krajowa (centrala), SKOK Stefczyka i członkowie ich władz osobiście.
"Gazeta Wyborcza" - wydawca, dziennikarze, naczelni, ostatnio także prawnik - ma jeszcze więcej takich procesów. Dorzućmy trzy z "Przekrojem" (po opublikowaniu sylwetki Grzegorza Biereckiego, współtwórcy SKOK-ów i prezesa Kasy Krajowej) i mamy ponad 20 spraw: o nakaz opublikowania odpowiedzi prasowych i sprostowań, ochronę dobrego imienia, o zniesławienie. Plus zawiadomienia do prokuratury.
SKOK-i to dziś największa organizacja parabankowa w Polsce. Obsługują 2,1 mln osób w ponad 1,8 tys. placówek. Porównywalną sieć mają tylko
bank PKO BP i Poczta Polska.
Jądro SKOK-ów warte pięć milionów Jesienią 2010 r. Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew w najpoważniejszym procesie. Po tekście "Wielki SKOK" ("Polityka", 2004 r.) Kasa Krajowa zażądała 5 mln złotych (!) "za krzywdę prasową".
- Ta kwota miała wstrząsnąć wydawcą i skłonić go do zaniechania dalszych publikacji - mówił w dniu rozpoczęcia procesu Jerzy Baczyński, naczelny tygodnika i prezes Spółdzielni Pracy "Polityka".
Mec. Pluta: "Wysokość roszczenia dochodzonego w niniejszej sprawie nie może być określana inaczej jak niebywała (...) ma sprawić, aby każda redakcja i wydawca porzucili myśl o jakichkolwiek publikacjach krytycznych wobec SKOK-ów pod groźbą bankructwa. Powódkę wszak stać na akcje sądowe o dowolnym zasięgu".
Przeciwko próbie "wpływania na prasę, wręcz jej zastraszania z wykorzystaniem roszczeń nierealnych", zaprotestowała polska Izba Wydawców Prasy, a także Międzynarodowy Instytut Prasy w Wiedniu.
Sąd, ważąc słowa, nazywa pięć milionów żądaniem zbyt wygórowanym, nie znajdującym uzasadnienia*.
Kasa Krajowa nie odpuszcza, składa apelację. Bo publikacja "stanowi uderzenie w samo jądro (zasadę) istnienia SKOK-ów" - mówił na zamknię-ciu procesu pełnomocnik KK mec. Marek Januszczyk.
O co z tym "jądrem" chodzi? Odpowiedź znajdziemy w uzasadnieniu wyroku I instancji.
W chwili obecnej SKOK-i są dobrze prosperującymi przedsiębiorstwami, które z ideą samopomocy nie mają wiele wspólnego - oceniła sędzia Małgorzata Rybicka-Pakuła.
Zdanie to oddaje główną myśl kilkunastu publikacji opisujących korzenie i funkcjonowanie SKOK-ów. Powstały na początku lat 90. wedle idei lokalnych, samopomocowych, nienastawionych na zysk spółdzielni sąsiadów lub kolegów z zakładu pracy, którzy udzielają sobie pożyczek i przechowują oszczędności członków. Taki "wzór" przywiózł z USA Grzegorz Bierecki, dyrektor Komisji Krajowej "Solidarności", współpracownik Lecha Kaczyńskiego.
Po latach dziennikarze zaczęli pytać: jak z tych "spółdzielni" SKOK-i zmieniły się w potężną instytucję finansową z miliardami depozytów? Dlaczego, działając prawie jak banki, nie podlegają - jak one - nadzorowi? Dlaczego (aż do 2007 r.) zwolnione są z podatku dochodowego? Czy zyskały takie przywileje dzięki lobbingowi związanych z nimi posłów?
- Wcześniej o SKOK-ach albo nie pisano, albo głos oddawano tylko ich twórcom - mówi Bianka Mikołajewska. Razem z Maciejem Samcikiem z "Gazety" odbiera za cykl o nieprawidłowościach w SKOK-ach prestiżowe Grand Press.
SKOK za prewencyjną cenzurą Po artykule Mikołajewskiej Kasa Krajowa postanowiła zamknąć mediom usta jednym uderzeniem. Po pierwsze, wybrała sąd gospodarczy. - Bo według uproszczonej procedury mieliśmy tylko miesiąc na przedstawienie odpowiedzi na każdy zarzut - wspomina Mikołajewska. - Musiałam uzgodnić z rozmówcami, że wezwiemy ich na świadków. Posegregować dokumenty do każdej tezy. To był miesiąc wyjęty z życia, nie tylko zawodowego. Moja wstępna odpowiedź miała 40 stron.
Po drugie, przygniatająca wysokość roszczenia - wspomniane 5 mln zł. Po trzecie, Kasa Krajowa żąda, by sąd zakazał "Polityce" (a w innej sprawie "Gazecie") publikacji o SKOK-ach aż do prawomocnego zakończenia procesu.
To rodzaj prewencyjnej cenzury, bo procesy ciągną się latami, gdyby więc wniosek "chwycił", do dziś nie przeczytalibyśmy w prasie ani o "nieprzejrzystej, obrosłej spółkami i fundacjami strukturze SKOK", ani jak "stały się maszynką do zarabiania pieniędzy dla wąskiej grupy osób" z władz Kasy Krajowej.
Sąd się jednak na zakaz publikacji nie zgodził. SKOK-i zmieniły taktykę. Na nękanie.