W sierpniu 2007 r. jako minister sprawiedliwości był drugi w sondażu CBOS badającym zaufanie do polityków - ufało mu 58 proc. Polaków. W tym samym czasie szef
PiS Jarosławowi Kaczyński miał 35 proc. wskazań, a prezydent
Lech Kaczyński - 38 proc.
Grał wizerunkiem szeryfa. W lipcu 2008 r. w Sopocie piętnował korupcję w pomorskiej Platformie. Był tam z przybocznymi - Jackiem Kurskim i Arkadiuszem Mularczykiem, a Kurski zapowiadał go jak impresario idola: "Oto pogromca mafii, postrach przestępców".
I to grało. W marcu 2009 r. "Gazeta" sprawdziła, jak wyglądałoby poparcie dla PiS, gdyby szefem był Ziobro - sondaż pokazał, że podciągnąłby wynik partii aż o 7 pkt proc. Parę miesięcy później Ziobro wypadł lepiej od Lecha Kaczyńskiego w naszym sondażu prezydenckim.
Umiał więc - choć sam bliżej raczej Radia Maryja niż centrum - trafić do ludzi, którzy na co dzień nie byli wyborcami PiS. Co zresztą szkodziło mu w partii i skłaniało do równie osobliwych, jak i daremnych próśb o wyrzucenie jego nazwiska z sondaży.
Jedno z takich badań złośliwie komentował partyjny kolega Ziobry Joachim Brudziński: - Pozycja Ziobry bierze się stąd, że to
Jarosław Kaczyński, a wcześniej Lech Kaczyński, tego młodego prawnika postawił tam, gdzie jest.
"Młody prawnik" błysnął w wyborach do Sejmu 2007 r., gdy miał czwarty (po Donaldzie Tusku, Kaczyńskim i Bogdanie Zdrojewskim) wynik w kraju; w wyborach europejskich 2009 r. był już drugi (za Jerzym Buzkiem).
335 tys. głosów ośmieliło go na tyle, że pozwolił sobie na krytykę kampanii; to wtedy Kaczyński publicznie polecił mu podszkolenie się w angielskim.
Odtąd gwiazda Ziobry zaczęła blaknąć. Wypadł z comiesięcznego sondażu badającego zaufanie do polityków, a gdy się w nim sporadycznie pojawia, jest zaskakująco słaby. W grudniu 2010 r. ufał mu co trzeci badany, nie ufało - 42 proc.
- Przestał być lokomotywą wyborczą. Na pewno osiągnąłby dobry wynik, ale już nie poszerza elektoratu PiS. Widać, że niewiele zdziałał w ministerstwie, poza groteskową akcją z zatrzymaniem doktora G. i sugestią, że jest on zabójcą. Poza tym on nie ma wiele do powiedzenia w sprawach niezwiązanych z wymiarem sprawiedliwości. Z Jackiem Kurskim można pogadać o wszystkim, a z Ziobrą po paru minutach zapada cisza - recenzuje były polityk PiS.
Podobne opinie można usłyszeć też w PiS. - Zbyszek miał olbrzymi potencjał. Był znany jako minister, ale europarlament eliminuje ze sceny krajowej. Łączenie jednego z drugim jest bardzo trudne - uważa kolega Ziobry z kierownictwa PiS.
Inny nasz rozmówca z PiS: - Ziobro jest wiceprezesem partii, ale jednym z kilku. Krótko po katastrofie smoleńskiej partią kierował Adam Lipiński. Do komitetu politycznego weszło kilku ziobrystów, ale są w mniejszości, a awans zawdzięczają Kaczyńskiemu, nie Ziobrze. Prezes wskazał też, że kolejnym wiceprezesem będzie Beata Szydło, również teoretycznie ziobrystka, ale i jej nominacja to dzieło prezesa, a nie efekt zabiegów Ziobry.
Jeden z posłów PiS niepytany sam z siebie zaczyna mówić o PiS bez Ziobry. - Jarosław ma za sobą 90 proc. partii, Ziobro - 10. W naszej historii nieraz się wydawało, że ktoś jest niezatapialny i niezastępowalny, a potem niknął bez szkody dla PiS:
Ludwik Dorn, Kazimierz Ujazdowski, Marek Jurek, a ostatnio PJN.
Na razie czystkami wśród ziobrystów straszy jedynie Marek Migalski z PJN. To ugrupowanie ma powody, by nie lubić Ziobry, bo to on atakował prowadzoną przez dzisiejszych członków PJN kampanię prezydencką Kaczyńskiego.
Jednak, jak słyszymy od jednego z europosłów, prezes do kontaktów z europosłami z innych partii wyznaczył nie najwyżej w partyjnej hierarchii postawionego Ziobrę, lecz prof. Ryszarda Legutkę i Tomasza Porębę.
Ale może to postępy w angielskim okazały się zbyt nikłe?