Laburzystowski rząd Wielkiej Brytanii przyjął na początku 2009 r. budżet, w którym wydatki państwa na rok 2010 rosły o blisko 9 proc., przy spadających o 14 proc. dochodach. W tym samym czasie Kongres
USA zaaprobował "pakiet stymulacyjny" prezydenta Obamy przewidujący ulgi podatkowe warte 275 mld dol. oraz wydatki rządu - 544 mld dol. - które miały pobudzić popyt wewnętrzny.
Skutek był oczywisty. W budżetach pojawiła się ogromna dziura, ale przed dwoma laty nikt się tym nie przejmował. Rządy "skąpe" - jak niemiecki - krytykowano, że działają egoistycznie, nie włączając się do zbiorowej akcji wyciągania światowej gospodarki z recesji poprzez wydatki państwowe. Modny ekonomista i komentator polityczny Paul Krugman przekonywał, że zbyt szybkie równoważenie budżetu może gospodarkę ponownie wepchnąć w otchłań recesji.
Dziura w budżecie działa na gospodarkę jak spirytus wlany do kominka. Buchają jasne płomienie i przez chwilę ma się wrażenie, że zaraz wszystkim zrobi się ciepło. Ale może się zdarzyć, że spirytus się wypali, zanim zajmą się ogniem dębowe szczapy. Podobnie może się dziać z rządowym pakietem stymulacyjnym. Wcześniej czy później się wypala, nie zawsze dając gospodarce stabilny ogień. Zawsze pozostają po nim problemy: długi i wydatki, które o wiele trudniej zredukować niż wprowadzić.
Reformy, czyli polityka Gospodarki stymulowane wydatkami państwa wyszły z recesji. Amerykańska urosła w ubiegłym roku o 2,8 proc., brytyjska o 1,3 proc. Jednak dług urósł znacznie szybciej. Amerykański sięgnął 1,4 bln dol., czyli 9,9 proc. PKB, a w budżecie na rok 2011 prezydent Obama zaproponował deficyt jeszcze większy - 1,645 bln dol., czyli blisko 11 proc. PKB. Deficyt Wielkiej Brytanii przekroczył w 2009 roku 11 proc., w ubiegłym był niewiele mniejszy.
Dziś coraz więcej rządów jest przekonanych, że trzeba ciąć deficyty i wydatki państwa, czyli przeprowadzić reformy. Ich skuteczność zależy od odwagi polityków, ich zręczności i kalendarza wyborczego, ale także od systemu politycznego i przyzwolenia wyborców.
W USA skomplikowany system polityczny daje ogromne uprawnienia wykonawcze głowie państwa, ale Kongres może blokować jego ustawy. Jeśli partia, z której pochodzi prezydent, nie ma w obu izbach większości - a tak jest w USA od listopada - może dojść do pata.
W Wielkiej Brytanii władza wykonawcza jest w rękach premiera, który dysponuje większością w parlamencie. W maju 2010 r. brytyjskie wybory wygrała Partia Konserwatywna, ale nie zdobyła większości. Jej przywódca David Cameron musiał do rządu doprosić liberalnych demokratów, których przywódca Nick Clegg został wicepremierem. Koalicja jest zazwyczaj mniej efektywna niż rządy jednopartyjne, ale liderzy obu partii rozumieli konieczność głębokich reform. Stały się one hasłem koalicji.
Barack Obama wygrał wybory w momencie, gdy globalny kryzys finansowy był w zenicie. Jego hasłem wyborczym była "zmiana", a kierunek tych zmian wydawał się oczywisty: więcej państwa, wydatków, kontroli, więcej ekologii, społecznych programów, publicznych inwestycji w infrastrukturę. Udało się przeprowadzić jedną wielką reformę - służby zdrowia - zanim Partia Demokratyczna przegrała wybory do Kongresu. Na półmetku rządów Obama musi ograniczyć wydatki. To tak, jakby powiedzieć, że zmiany będą, tyle że pójdą przeciwnym kierunku niż obiecywał.
Gdyby Obama doszedł do władzy w innym momencie cyklu koniunkturalnego, nie byłby dziś w tak trudnym położeniu. A może po prostu okazał się naiwny, wierząc, że najlepszą receptą na kryzys są większe wydatki państwa? Jak wielu innych polityków nie przewidział, że nastroje społeczne - przed dwoma laty bliskie paniki w obliczu światowego kryzysu - tak szybko się odwrócą. Dziś wyborców bardziej martwi rosnący dług, niż groźba recesji.
USA: Permanentna prowizorka 1 lutego 2010 r. prezydent Obama przedstawił projekt budżetu z największym deficytem od zakończenia II wojny światowej. Republikanie, zgodnie z oczekiwaniami, zażądali ograniczenia wydatków na programy społeczne oraz utrzymania cięć podatków. Prezydent odpowiedział, że priorytetem jego administracji jest tworzenie miejsc pracy, a wydatki trzeba ciąć skalpelem, a nie piłą.
Ale zaproponowany przez prezydenta budżet nigdy nie wszedł w życie i 30 września 2010 r. Obama podpisał prowizorium budżetowe obowiązujące do 3 grudnia 2010 r. Prowizorium przedłużano kilka razy, ostatnio do 18 marca. Jeśli Kongres nie uchwali kolejnego, instytucje państwowe nie będą mogły wydać dolara.
Opóźnienie budżetowe to wynik zamieszania politycznego. Demokraci, którzy do listopadowych wyborów mieli większość w obu izbach, nie spieszyli się z uchwaleniem budżetu, nie chcąc zrażać wyborców zaniepokojonych rosnącym długiem. Republikanie mieli nadzieję, że po wyborach przejmą władze nad Izbą Reprezentantów - i będą mogli forsować własne pomysły. Tak właśnie się stało. Konstytucja daje Izbie Reprezentantów wystarczające uprawnienia do blokowania rządowych propozycji budżetu. Całkiem prawdopodobne, iż do kolejnych wyborów w listopadzie 2012 r. państwo będzie funkcjonowało na zasadzie prowizorium budżetowego.
W roku fiskalnym 2010/11 Republikanie domagają się obniżenia deficytu o 100 mld dol. Nie jest łatwe, gdyż prawie 60 proc. wydatków budżetu federalnego to tzw. wydatki sztywne - przede wszystkim zasiłki socjalne (ponad 700 mld dol.), opieka medyczna nad ludźmi starszymi w ramach Medicare (450 mld) i opieka medyczna, którą objęci są najubożsi w ramach Medicaid (270 mld). Przy okazji dyskusji budżetowej amerykańska prawica chce wycofania dotacji dla instytucji, które propagują lub wykonują aborcje. Zamierza też ciąć wydatki z programu ekologicznego propagowanego przez Obamę.
Obama chciałby ograniczyć ulgi podatkowe wprowadzone przez administrację Busha, zabierając przywileje najbogatszym Amerykanom. Przyniosłoby to budżetowi ponad 100 mld dol. rocznie. Wątpliwe jednak, by zdominowana przez Republikanów Izba Reprezentantów na to się zgodziła. Republikanie czują presję Tea Party - skrajnej prawicy, która wyklucza kompromis z administracją Obamy.
Michele Bachmann, szefowa klubu Tea Party w Kongresie, domaga się likwidacji reformy służby zdrowia, sztandarowej ustawy Obamy, dzięki czemu można by zaoszczędzić ponad 100 mld dol. rocznie. Demokraci na demontaż reformy się nie zgodzą, a Republikanie jej - przed wyborami prezydenckimi w 2012 r. - nie zaakceptują. W tej sytuacji pat budżetowy jest murowany. W lutym dziura w budżecie USA wyniosła 223 mld dol. - miesięczny rekord wszech czasów.
Administracja Obamy przewiduje, że do końca dekady deficyt budżetowy spadnie do 3 proc. PKB. Ale Kongresowe Biuro Budżetu (CBO) jest bardziej pesymistyczne. Eksperci rządowi zakładają, że reforma zdrowia zwiększy wydatki, ale i przyniesie oszczędności, gdyż ograniczy koszty programów Medicare i Medicaid. CBO uważa, że tak się nie stanie.
Gorący spór polityczny w USA w pewnym sensie przypomina sytuację, którą mamy w Polsce. I u nas, i w USA kluczowe pomysły rządu - jak reforma zdrowia - oceniane są przez opozycję z perspektywy ideologicznej. A tam, gdzie w grę wchodzi ideologia, nie ma mowy o kompromisie. Różnica jest jednak taka, że w USA mimo wszystko bardzo silna jest ideologia wolnego rynku, do której odwołują się obie partie. W Polsce oba główne ugrupowania - PO i
PiS - przy dzielących je różnicach ideologicznych i politycznych bardziej niż rynkowi ufają "widzialnej ręce państwa".
Wielka Brytania: Po pierwsze, budżet Jeśli kraj ma deficyt przekraczający 10 proc. PKB, to dziurę w finansach musi zmniejszyć jak najszybciej. Już w czerwcu 2010 r. rząd Davida Camerona zapowiedział cięcia budżetowe, które w ciągu czterech lat mają wyeliminować deficyt strukturalny (czyli skorygowany o stan koniunktury gospodarczej) wynoszący 109 mld funtów. Niespełna 40-letni konserwatysta George Osborne, kanclerz skarbu, przygotował pakiet cięć. Priorytetem ma być równoważenie finansów, usuwanie barier fiskalnych przeszkadzających przedsiębiorcom, a w dłuższym okresie - obniżanie podatków.