Chodzi o kilka dokumentów, m.in. notatki bezpieki z 21 czerwca i 9 października 1978 r. oraz arkusz ewidencyjny Wałęsy jako osoby przeznaczonej do internowania. Na wydanie b. prezydentowi tych dokumentów nie zgodził się w styczniu 2009 roku ówczesny prezes
IPN Janusz Kurtyka, bo z ich treści miało wynikać, że Wałęsa "był traktowany jako tajny współpracownik".
Wcześniej Instytut przekazywał Wałęsie dokumenty jako osobie pokrzywdzonej. Przepis, którym posłużył się prezes,
Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczny z konstytucją już w 2007 r. Ale w ustawie o IPN przepis powtarzał się w innym miejscu, a stamtąd Trybunał go już nie usunął, bo nie był wprost zaskarżony. IPN korzystał więc z niego, odmawiając wydania dokumentów. W maju 2010 r. została znowelizowana ustawa o IPN (jej autorem był poseł PO Arkadiusz Rybicki, który zginął w katastrofie smoleńskiej). Nowelizacja umożliwiła dostęp do akt także osobom podejrzewanym przez IPN o bycie tajnym współpracownikiem. Po nowelizacji IPN uchylił odmowną decyzję Kurtyki i w styczniu tego roku poinformował Wałęsę, że wyda mu dokumenty. Tyle że w decyzji powołał się na podstawę prawną dotyczącą tajnych współpracowników.
- I dlatego się odwołaliśmy - mówi Roman Nowosielski, adwokat Wałęsy. - W 2000 roku sąd lustracyjny orzekł, że
Lech Wałęsa nie był agentem
SB, a pięć lat później IPN przyznał mu status pokrzywdzonego. Te postanowienia nie zostały uchylone i zgodnie z orzecznictwem Trybunału są wiążące dla wszystkich instytucji. Tymczasem IPN się do tego nie stosuje. W swoim piśmie ze stycznia nie wyjaśnił, dlaczego powołał się na taką podstawę prawną. Prezydent jest osobą pokrzywdzoną i ma prawo do normalnego trybu uzyskiwania dokumentów.
Rzecznik IPN Andrzej Arseniuk: - Pismo prawników Lecha Wałęsy jeszcze do nas nie dotarło. Jeśli wpłynie, Instytut się do niego ustosunkuje.