http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Butenko, uczeń Matejki

Dorota Karaś
2011-03-13, ostatnia aktualizacja 2011-03-10 17:48

Jeśli chodzi o Brzechwę, to ilustrowałem go, zanim jeszcze był w jakimkolwiek kanonie. Rozmowa z Bohdanem Butenką

*Straszny Piegus *Drabinka*Historia dziurki od klucza*

"Niewiarygodne przygody Marka Piegusa" Niziurskiego w pana opracowaniu graficznym przeczytałam w dzieciństwie 11 razy. Ilustracje były tak sugestywne, że momentami trzęsłam się ze strachu.

- Bardzo się cieszę. Tym bardziej że była to książka uznawana za lekturę dla chłopaków. Pod koniec lat 90. powstała jej kontynuacja - "Nowe przygody Marka Piegusa", którą również zilustrowałem.

Tamta książka, wydana po raz pierwszy pod koniec lat 50., była rewolucyjna edytorsko. "Straszne" ilustracje, różne rodzaje czcionki, które czasem zajmowały pół strony. Nie zarzucano panu, że to zbyt śmiały pomysł?

- Raczej nie, recenzje były sympatyczne. Ale na początku moje prace uznawano za odstające od obowiązującego kierunku. Panowało przekonanie, że ilustracje dla dzieci powinny być realistyczne. Doszło do tego, że redaktorka z Naszej Księgarni, z którą współpracowałem, wiozła moje ilustracje do szkoły i pokazywała dzieciom. Im się podobało, w ten sposób dostałem zielone światło na publikację. Moja wyobraźnia nie umywa się przecież do fantazji dziecka.

Musiał pan napsuć sporo krwi wydawcom swoimi pomysłami. Wycięte w stronach dziurki od klucza, czarne strony, puste miejsca do wypełnienia przez czytelników. Zawsze bez zastrzeżeń przyjmowano pana pomysły?

- Na ostatnim roku ASP - był to rok akademicki 1954/55 - trzeba było odbyć roczną praktykę, zwykle w wydawnictwie. Ja zgłosiłem się do Domu Słowa Polskiego, wielkiej, najnowocześniejszej w owym czasie drukarni w Warszawie, pracującej na offsetach. Dzięki temu poznałem różne tajemnice tego fachu. To ułatwia mi życie do dziś. W sytuacjach, kiedy pan drukarz mówi, że czegoś się nie da zrobić albo że coś jest za trudne, to ja mu mówię - może by pan spróbował tego czy tamtego. I rozmowa od razu staje się inna. Zależało mi kiedyś na czarnym kolorze stron, bez tego nie byłoby sensu wydawać tej książki. Wydawca zapewniał mnie, że mają bardzo dobrego drukarza, ale powiedziałem, że chętnie bym się z nim spotkał. Drukarz pokazał mi próby. Jak się na stronę patrzyło wprost, faktycznie była czarna, gdy się ją odchyliło - wychodził kolor brązowy. To dlatego że drukarz podłożył sobie pod tę czerń czerwień, to są takie techniczne szczegóły. Zakomunikował mi, że inaczej się nie da. A ja go spytałem, czy on ma drabinkę.

Drabinkę?

- On też się zainteresował: po co panu drabinka? Ja mu na to, że skoro on nie może mi pomóc, to ja wejdę po tej drabince na maszynę i zobaczę, co się da zrobić. Posmutniał i odparł: to ja już sam tam wejdę. Rozstaliśmy się, następnego dnia czekały na mnie cztery dobre próby, a pan drukarz zapytał mnie: no to którą wybieramy? Wybraliś-my wspólnie najlepszą.

Odwiedzałem go przez kolejny tydzień. Ostatniego dnia przychodzę, a koło maszyny leży cała sterta arkuszy z mojej książki. Spytałem o nie. - A, to do wyrzucenia - powiedział pan drukarz. Okazało się, że był tam błąd drukarski, który normalnie bez mrugnięcia okiem zostałby włączony do nakładu. W tym przypadku on sam postanowił pozbyć się tych stron. Rozstaliśmy się jak najlepsi przyjaciele. Książka ta dostała potem nagrodę w konkursie na najpiękniejszą książkę roku Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. To był nasz wspólny sukces. Nie zawsze mi się jednak udaje.

Na przykład?

- Tak było z książką, o której pani wspomniała, z dziurkami od klucza. Robienie dziurek odbywało się w ten sposób, że w drukarni był oddelegowany pan, który za pomocą specjalnego wykrojnika wybijał otwór. Nie zawsze wypadał on w tym miejscu, w którym ja zaplanowałem. Dziurka miała być również w okładce - i tutaj, niestety... Nie wiem, czy tektura była za gruba, czy pan był za słaby. W drukarni oznajmili mi zdecydowanie, że w okładce na pewno dziurki nie zrobią. Wpadłem więc na pomysł, żeby namalować w tym miejscu rodzaj przykrywki, którą kiedyś zasłaniano dziurki od klucza.

*Atak Indian w zeszycie odprzyrody*Z latarką pod kołdrą*Berety kontra szare czapki

Urodził się pan w Bydgoszczy, wyjechał pan stamtąd jako ośmioletni chłopiec, z rodziną, w październiku 1939 roku. Jak się pan znalazł w Warszawie?

- Zaraz na początku wojny zostaliśmy wyrzuceni z Bydgoszczy, czyli z Reichu. Albo się podpisywało volkslistę, albo wyrzucali do Generalnej Guberni z bagażem ręcznym, w wagonie towarowym. W Warszawie chodziłem na tajne komplety.

W rodzinie ktoś rysował?

- Nie. Matka była artystyczną tkaczką, pamiętam, że w domu poustawiane były krosna. Ja jestem dość daleko od tkactwa, był to przedmiot, który na Akademii najbardziej mnie męczył. To mozolne splatanie niteczek, przez cały dzień powstaje pół centymetra. Ojciec był inżynierem.

A pan kiedy zaczął rysować?

- W drugiej klasie szkoły powszechnej, jeszcze przed wojną. Rysowałem niekończące się komiksy, które przechodziły ze strony na stronę, z zeszytu do matematyki, na zeszyt do przyrody - taki tasiemiec. Początki miałem trudne, bo moja twórczość bardzo podobała się kolegom, mniej nauczycielom. Dwa zeszyty musiałem przez to przepisywać.

Źródło: Duży Format
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    31 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':